Wrócić do Bezczelności


 

TOMASZ PSTRĄGOWSKI: Dziesięć lat po opublikowaniu tomu zbiorczego „Morfołaków”, w którym znalazły się zarówno dawne jak i niezrealizowane wówczas scenariusze Nikodema Skrodzkiego, wróciłeś do serii i zrobiłeś „Nowy testament”. Dlaczego?

MATEUSZ SKUTNIK: Podstawową cechą komiksiarza jest determinacja. Tylko dzięki temu w ogóle powstają albumy komiksowe. Niemal zawsze jest tak, że po dziesięciu, dwudziestu narysowanych stronach zaczynają się schody. Zwłaszcza jeżeli nie robisz albumu za pieniądze, tylko tak jak robi się większość komiksów w Polsce – dla siebie. Zapał się kończy. Nie wiesz co dalej. Komiksiarz potrafi ten dołek pokonać. Niezrealizowane scenariusze Nikodema leżały mi cały czas na sumieniu, czarną plamą odkładały się w płucach. W końcu musiałem to z siebie wypluć. Zwłaszcza, że dotarłem do takiego punktu w karierze, że przestałem mieć ciśnienie na wypuszczanie non stop nowych rzeczy. Zaczęło mi zależeć również na wygaszaniu pewnych spraw. „Morfołaków”, scenariuszy Jerzego Szyłaka do „Rewolucji” – zrealizowałem je już wszystkie – i tym podobnych.

(more…)



Niebajka


kup płytę / buy this album

 

Co by było, gdyby Blaki rzucił karty komiksu, chwycił gitarę i zaczął śpiewać?…

Z nowej płyty Łukasza Majewskiego “Niebajka” możemy dowiedzieć się co zostało z “Mężczyzny z zakolami”, który odłożył swoje dotychczasowe piosenki “Ad acta”. Album składa się z jedenastu autorskich utworów, dzięki którym usłyszymy m.in: co się tłucze pod resztką zakoli, do czego doprowadzić może naiwna wiara w medycynę ludową, jak się kończy damsko-męskie spotkanie po latach oraz odkryjemy żeński pierwiastek twórczości, zaplątany w tryptyku o miłości.

Gitarę klasyczną Łukasza wspiera Mariusz Wilke (gitara basowa, gitara elektryczna). Na płycie usłyszeć można również Iwonę Loranc, w duecie z Łukaszem i solo. Jest też Blaki – komiksowa postać, której autorem jest Mateusz Skutnik. Blaki pojawia się na każdym elemencie poligrafii (okładka, książeczka, nadruk na płycie) i łączy ten niebajkowy świat z bajką.

Wszystkie elementy składają się na profesjonalne wydawnictwo (wydane przez autora własnym sumptem), które z przyjemnością bierze się do ręki, by z jeszcze większą przyjemnością go posłuchać.

Rok wydania: 2017
Opakowanie: Digipack (książeczka z tekstami)

Spis utworów:

  • Tak na spokojnie
  • Pytasz co u mnie
  • Ballada terapeutyczna
  • Spotkanie po latach czyli cios między oczy
  • Optymistycznie rzecz ujmując
  • Na złe i na dobre
  • Najprostsze z rozstań
  • Co miało zmienić się zmieniło
  • Jednego możesz być dziś pewny
  • Na każdej kropli
  • Niebajka



 


 

 

 

 

 

 

 

 



Morfolaki 4, recenzja na Esensji


„Morfołaki. Nowy Testament” to – być może ostatnia – okazja do tego, by powrócić do baśniowego świata zamieszkiwanego przez ludzi i dziwne stwory z pogranicza snu i jawy. Jak zapowiada wydawca znajdziemy w tym tomie definitywne rozstrzygnięcie filozoficznego sporu trawiącego umysły morfołackich mędrców od początku serii.

Album zawiera jedenaście luźno powiązanych ze sobą opowieści. Motywem przewodnim jest w nich kwestia relacji pomiędzy rzeczywistością a fikcją, jawą a snem, czy wreszcie prawdą i kłamstwem. Wszystkie te napięcia manifestują się w dziwnym świecie, w którym granica pomiędzy tymi obszarami jest bardzo płynna (a być może wcale jej nie ma). To właśnie tu żyją obok siebie ludzie i Morfołaki, czyli stwory egzystujące w snach i poza nimi. Bez wątpienia jest to świat niezwykły. Można się tu na przykład natknąć na człowieka mieszkającego na drzewie, by utrzymywać i wzmacniać swój kontakt z naturą. Natkniemy się także na mężczyznę, który pracuje jako wisielec. W każdym mieście musi wszak być wisielec, bo wtedy widać, że panuje tu poszanowanie dla prawa, jak tłumaczy nam sam zainteresowany. Praca nielekka, ale przynajmniej dni świąteczne są wolne – chyba, że płacą ekstra. Jest tu również wąwóz, do którego trafiają odmieńcy, oraz szalony ogród pełen niesamowitych roślin. W tym świecie nawet bajka o czerwonym kapturku nie ma szczęśliwego zakończenia. Choć z drugiej strony, samo pojęcie szczęścia ma tu bardzo względny charakter.

Morfołaki nawiedzają ludzi i wdają się z nimi w dyskusje z różnych powodów i na rozmaite tematy. Czasami pojawiają się, by wyjaśnić różnicę pomiędzy jawą a snem, czasami tłumaczą dlaczego giną pewne rzeczy, a innym razem starają się złagodzić ludzki lęk przed umieraniem. Niektóre z nich cytują greckich filozofów – na przykład ten, który dziwiąc się ludzkiemu lękowi przed śmiercią mówi słowami Epikura: „Póki jesteśmy, nie ma śmierci, gdy jest śmierć, nie ma nas”. Inne siedzą w pieczarach i tylko od czasu do czasu wychodzą na świat, tylko po to, by stwierdzić, że jest on tylko złudzeniem (czyli nie różni się od cieni tańczących na ścianach platońskiej jaskini). Przychodzą także na ratunek miastom, których mieszkańcy nie pamiętają swoich snów. Każde spotkanie ludzi z Morfołakami stanowi niepowtarzalną okazję do podjęcia filozoficznych kwestii. Na przykład, czy człowiecze pragnienia są przyczyną wszelkiego zła, czy wręcz przeciwnie, stanowią źródło tego co wspaniałe? Czy ludzie cierpią dlatego, że nie mogą czegoś zdobyć, czy może pragnienie czegoś i wytrwałe dążenie do celu stanowi istotę człowieczeństwa? Morfołaki również między sobą toczą spory o zasadę świata oraz istotę wiary.

Głównymi bohaterami – a w każdym razie stworami, które pojawiają się w tych onirycznych opowieściach najczęściej są dwa dziwne stworzenia. Pierwszym z nich jest stwór o imieniu Ssufok, przypominające nieco ptaka, na grzbiecie którego podróżował Moebiusowy Arzach. Drugim jest trudny do opisania Ffymalx. Jest to dosyć upiorna kudłata głowa posiadająca skrzydła przypominające gałęzie. Obaj pojawiają się w poszczególnych historiach rozwiązując na różne sposoby ludzkie problemy. Poza nimi znajdziemy tu zróżnicowaną galerię niezwykłych postaci – zarówno ludzi jak i morfołaków. W kreacji występujących tu postaci bez trudu można rozpoznać rękę Mateusza Szkutnika, nawet jeśli tym razem stosuje on styl niezbyt dla typowy dla swoich ostatnich komiksów. Zamiast akwareli widzimy tu bowiem kadry rysowane piórkiem i pędzelkiem. O ile w warstwie fabularnej pobrzmiewają – moim zdaniem – odległe echa „Sandmana”, o tyle graficzna strona komiksu stanowi nawiązanie do twórczości Moebiusa. Kreskowanie i sposób konstruowania niektórych kadrów przywołuje jednoznaczne skojarzenia z dziełami francuskiego mistrza. Pozornie chaotyczna,swobodna kreska, sprawiająca chwilami wrażenie luźnych szkiców, doskonale sprawdza się tej surrealistyczno-onirycznej opowieści tworząc niesamowitą – nieco upiorną, ale jednocześnie kojącą – atmosferę.

„Morfołaki. Nowy Testament” to już czarta odsłona opowieści o niezwykłych stworzeniach. Dwa pierwsze albumy zbierające wybrane odcinki pierwotnie ukazujące się w komiksowych zinach, zostały opublikowane w 2004 i 2005 roku. Dwa lata później przyszedł czas na opasły tom zbierający nowe odcinki, niezrealizowane dotąd scenariusze, grafiki oraz szkice. Teraz Mateusz Skutnik postanowił sfinalizować przygodę z Morfołakami tworząc rysunki do scenariuszy Nikodema Skrodzkiego, które przez lata trafiały na półkę i zostały nieco zapomniane. Rezultat jest bardzo interesujący, choć komiks na pewno wymaga od czytelnika zarówno uwagi, jak i gotowości do pogrążenia się filozoficznej zadumie. Lektura komiksu nie jest przedsięwzięciem łatwym – trzeba się do niej odpowiednio przygotować i wprowadzić w odpowiednio refleksyjny nastrój. Każdy, kto ceni sobie niejednoznaczność i gęstą od symboli narrację, na pewno jednak doskonale odnajdzie się w onirycznym świecie Morfołaków i być może wykorzysta okazję do tego, by po raz kolejny zastanowić się nad kilkoma fundamentalnymi kwestiami egzystencjalnymi.

autor: Paweł Ciołkiewicz



Morfolaki 4, recenzja na naEkranie.pl


Żyją wśród ludzi, ale nas nie przypominają. Kim są? Czego pragną? Dziwaczne stworzenia powracają w nowym zbiorze autorstwa Nikodema Skrodzkiego i Mateusza Skutnika.

Morfołaki to stworzenia ze snu. Żyją na granicy marzeń i rzeczywistości, nieraz wchodząc w interakcję z ludźmi. Niczym w piosence Eurythmics jedne chcą nas wykorzystać, inne – pomóc nam. Jedno jest pewne. Potrzebują nas tak samo, jak my potrzebujemy ich.

Muszę przyznać, że nigdy nie czytałem wcześniejszych tomów dzieła Skrodzkiego i Skutnika. Nowy Testament był moim pierwszym spotkaniem z owocem ich niecodziennej wyobraźni. Znajomość reszty serii nie jest jednak wymagana. Nowy Testament to utwór bardzo przemyślany, przystępny dla nowego czytelnika, ale jednocześnie wymagający. Historie w zbiorze są pełne niuansów i po przeczytaniu zostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. Z początku fabuły poszczególnych rozdziałów są niepowiązane ze sobą, ale szybko widoczne stają się motywy przewodnie.

Jak sugeruje nazwa, Nowy Testament skupia się na temacie wiary. Bohaterowie bez końca dyskutują o tym, czy wiara w bóstwa, istoty nadprzyrodzone, czy po prostu – wiara w czyjeś istnienie – ma moc sprawczą. Wszystko prowadzi do przywodzącego na myśl księgę Hioba zakładu dwóch potężnych przywódców morfołaków.

Drugim ważnym motywem są sny. Bohaterowie spędzają w snach tyle samo, a nawet więcej czasu niż na jawie. Świat snów jest niesamowitym miejscem przenikającym się z rzeczywistością, a władza nad nim przynosi niepokojące rezultaty. Surrealistyczny świat Skrodzkiego jest zaskakująco kompletny, wierny swym wewnętrznym prawom. Dzięki temu warto wracać do już przeczytanych stron, żeby zapoznać się z nimi przez pryzmat później ujawnionych informacji.

Czarno-białe ilustracje autorstwa Mateusza Skutnika nawiązują do sennej tematyki. Proste w formie obrazy są wyolbrzymione i dziwaczne, niczym na wpół zapamiętane sny zaraz po obudzeniu. Po przerwaniu lektury nasuwa się wątpliwość, czy przeczytana opowieść nie była tylko snem czytelnika.

Chociaż każdy morfołak działa przede wszystkim dla siebie, reprezentują one skrajnie różne postawy. Trójlicowy Sswijn za wszelką cenę pragnie potęgi, a mądry Ssufok – spokoju i wspólnej egzystencji ze śmiertelnikami. Ta dwójka, a także kilkanaście innych stworów ze stron komiksu, to naprawdę interesujące, niejednoznaczne postacie, przywodzące na myśl mieszkańców czerwonego pokoju z Miasteczka Twin Peaks. Próby odczytania ich charakterów i intencji to duża część przyjemności z lektury komiksu.

Nie każda historia reprezentuje podobny poziom. Początkowy rozdział jest bardzo krótki, ale nawet na tych kilku stronach – bardzo nieciekawy. Dalsze historie nie zawsze angażują, chociaż te udane są znacznie liczniejsze od złych. Część opowieści cierpi też na nadmiar postaci drugoplanowych i wątków fabularnych.

Morfołaki to album trudny do ocenienia. To na pewno utwór wymagający od czytelnika więcej wysiłku niż typowa seria komiksowa. Zabierając się do lektury, należy zadać sobie dwa pytania. Czy lubię niejednoznaczność i brak jasnych wyjaśnień? Czy nie boję się własnych snów? A potem, niezależnie od odpowiedzi, warto dać serii Nikodema Skrodzkiego szansę.

Autor: Mateusz Horbaczewski



Morfołaki 4, recenzja Karola


Wszystko zaczyna się od doskonałych szortów. Takich pewniaków, które siedemnaście lat temu zgarnęłyby grand prix festiwalu w Łodzi. Świetnie opowiedziane, narysowane z pazurem w oryginalnym stylu, który nie jest kopią jakiegoś nie wydanego w Polsce francuza, fantastyczny świat, świetni bohaterowie. Tylko teraz jest teraz a nie siedemnaście lat temu. Jakby Mateusz się nie starał ze scenariuszy Skrodzkiego można wyciągnąć prosta anegdotkę, mniej lub bardziej grafomańsko nadętą, ale to wszystko.

Pomiędzy scenarzysta a rysownikiem jest przepaść. Skutnik strzela od niechcenia kreskami, które wypełniają fasadowy świat pomysłów Skrodzkiego. Widać tu wyraźnie że scenariusz komiksowy to nie fajny pomysł i tyle.

Efekt tego jest taki, że to album do oglądania bardziej niż czytania, do tego poprzedzonego fenomenalnym making of.
Skutnik najlepszy jest solo, on nie potrzebuje wymyślacza historii, poza tym bądźmy szczerzy czas genialnych debiutów ma za sobą (2005-2006 cześć ich pamięci).

Autor: Karol Konwerski

 



Morfołaki 4; recenzja na forum Gildii


Przeczytałem “Morfołaki: Nowy testament”, tzn… właściwie przeczytałem wszystkie “Morfołaki”.

Przed zabraniem się za “Nowy testament” postanowiłem odświeżyć sobie o co w tym wszystkim chodzi.
Sięgnąłem więc po wydane 10 lat temu Morfołaki (zebrane), których (wstyd przyznać) nigdy nie skończyłem czytać. 10 lat temu utknąłem na którymś z opowiadań i nie było siły, aby ruszyć dalej. Co dziwne, bo jak czytałem wcześniej wydawane 2 tomy bardzo mi się podobały. Najwyraźniej nie był to wtedy czas na taką lekturę.

W każdym razie po 10 latach wróciłem do tego albumu i… wsiąkłem na dobre. Genialność tych opowiadań i zbudowanego świata powala. Z wielką przyjemnością przeczytałem wszystkie 58 zamieszczonych opowiadań (łącznie z niezrealizowanymi scenariuszami) oraz umieszczony na końcu opis przedstawicieli tego świata.

Rewelacja.

Tak “pobudzony psychicznie” ruszyłem z dużymi nadziejami do nowego albumu.
“Nowy testament” zawiera 11 opowiadań, które w zbiorczym albumie przedstawione były w formie scenariuszowej (z jednym małym wyjątkiem, a mianowicie opowiadaniem “Dominanty: Wiara, który był w spisie poprzedniego tomu, ale nie został zamieszczony).
Zamieszczone uprzednio scenariusze zostały zmodyfikowane, głównie rozpisane na większą ilość stron (chociaż jest też kilka różnic) – sens ich jednak pozostał taki sam.
Graficznie również widać sporą różnicę. Wiadomo Mateusz przez 20 lat od rozpoczęcia rysowania “Morfołaków” poczynił szalone postępy i dzisiejsze jego rysunki są po prostu inne (mimo (co widać), że starał się nawiązać stylistyka do wcześniejszych prac) nowe rysunki są bardziej uporządkowane, czytelniejsze i generalnie łagodniejsze. W starych pracach wyczuwa się “dzikość” i zbuntowanie młodego rysownika. Teraz można podziwiać ciekawszą kompozycję plansz i więcej całostronicowych kadrów.

Autor: Graves.



Morfołaki 4; recenzja na WAK-u


Tego komiksu miało nie być. Mateusz Skutnik sięgnął jednak po niezrealizowane wcześniej scenariusze i narysował zupełnie nowe historie ze świata “Morfołaków”. Drugie wejście do tej samej rzeki okazuje się sukcesem. Chociaż…

“Morfołaki” były jednym z pierwszych komiksów Mateusza Skutnika. Tworzył je na bazie scenariuszy Nikodema Skrodzkiego, a kolejne nowelki pojawiały się na łamach fanzinów. Mroczne historie z pogranicza życia i snu narysowane undergroundową kreską stały się znakiem rozpoznawczym Skutnika. Później stały się nim oczywiście piękne, “rewolucyjne” akwarelki; ale pamiętajmy że autor wyrósł z undergroundu właśnie. W 2004 i 2005 roku ukazały się dwa albumy zbierające wybrane odcinki “Morfołaków”. W 2007 roku z kolei ukazał się – jak byśmy dziś powiedzieli integral zbierający wszystkie odcinki, niezrealizowane scenariusze, szkice plansz i pojedyncze rysunki a także bogate morfiarium. I kiedy wydawało się, że temat “Morfołaków” został definitywnie zamknięty, Mateusz Skutnik stwierdził, że jednak przysiądzie i dorysuje plansze do tych scenariuszy, które do tej pory leżały odłożone gdzieś na półkę. Powstał z nich premierowy album, zatytułowany “Nowy Testament”.

Morfołaki – pierwotne dzieci chaosu wracają w jedenastu nowelkach. Wracają w nich starzy, dobrzy znajomi: Ssufok, Mrogul, Bulwiec, Drzewochwyty, Słonioły, diabeł z trzema głowami czy Szczudłak… Wracają do świata snów, koszmarów i nocy. Świata równoległego do naszego. Bo przecież rzeczywistość i sen to dwie równoległe płaszczyzny, z człowiekiem jako przejściem między nimi. To człowiek się boi, śni, marzy, żyje. Morfołak zaś jest gdzieś obok i pojawia się w najmniej spodziewanym momencie. W wąwozie, do którego trafiają “dziwni”, przy drzewie starca, który próbuje żyć w zgodzie z naturą, nad brzegiem morza gdzie pojawiają się syreny, w kościele gdzie kuszeni są wierni…

Porównując efekt albumowy do scenariuszy Nikodema Skrodzkiego widać, że Mateusz Skutnik delikatnie przekomponował pierwotnie zakładany układ kadrów. Rozbudował niektóre z historii. Ciekawie wypada też porównanie planszy otwierającej album. Akurat pierwsze kadry z “Rytuałów, których nie widzicie VII” były zaprezentowane już w 2007 roku. Teraz przerysowane wyglądają już inaczej. Lepiej? Gorzej? Ja wolałem wersję pierwszą. Bardziej minimalistyczną, z długimi cieniami i wątłymi drzewami. Z takim bowiem stylem zawsze kojarzyły mi się “Morfołaki”.

M.in. dlatego we wstępie użyłem stwierdzenia “chociaż”. Nie, że nowym “Morfołakom” mam coś do zarzucenia pod względem scenariuszy czy artystycznym. Chodzi mi raczej o to, że są po prostu “nowe”, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Widać, że pod względem rysunku Mateusz Skutnik poszedł do przodu. Jest dokładniejszy, trzyma się bardziej w ryzach, nie jest tak ekspresyjny jak w starych “Morfołakach”. Moje “chociaż” wynika więc bardziej z przyzwyczajenia do poprzedniej wersji. Bardziej brudnej, bardziej podziemnej. Co nie znaczy, że “Morfołaki” A.D. 2017 nie cieszą.

Autor: Mamoń



Morfołaki 4, recenzja na niezatapialni.pl


Najtrafniejszym pytaniem, opisującym Morfołaki, zawsze wydawało mi się: „co?”. Bo taki to też komiks – dziwny, oniryczny, trudny do uchwycenia i zdefiniowana.

W najprostszych słowach mówiąc, „Morfołaki” to istniejąca od ponad 20 lat na polskim rynku seria Mateusza Skutnika (rysunki) i Nikodema Skrodzkiego (scenariusz), rozgrywająca się w przedziwnym świecie fantasy zamieszkanym przez straszno-smutne stworzenia, żywiące niezdrową skłonność do filozofowania. Scenarzystą „Morfołaków” jest Skrodzki, ale z tego, co Skutnik mówił na GDAK-u wynika, że teksty powstały wokół projektów postaci, które podsuwał mu Mateusz. Są to zresztą teksty bardzo stare, przez co autorstwo Skrodzkiego w „Nowym Testamencie” jest nieco dyskusyjne – obecnie ani Skutnik, ani wydawnictwo nie mają ze Skrodzkim kontaktu; zilustrowane w albumie scenariusze pochodzą sprzed kilkunastu lat i nie wiadomo nawet, czy dziś Skrodzki napisałby to tak samo.

To jednak wiedza okołotematowa, nie mająca absolutnie żadnego wpływu na to, jak odbiera się nowe „Morfołaki”. A te pozostały tak samo trudne i nieoczywiste, jak je zapamiętałem. Zmieniłem się jednak ja sam. Kiedyś przeszkadzała mi morfołakowa anarchia – to, że poszczególne opowiastki są ze sobą bardzo luźno połączone; często wydaje się, że nie mają sensu, a postaci ględzą w nich dla samego ględzenia; światem przedstawionym nie rządzą żadne oczywiste i proste do wyłapania reguły; a wszystkie wysuwane przeze mnie interpretacje były chwiejne i niewiarygodne. Młodzieńczego Tomka nieuchwytność „Morfołaków” drażniła, bo wybijała ze świata prostych, oczywistych opowieści, dających czytelnikom jasne komunikaty. Chciałem sensów i łatwych do odczytania metafor.

Dzisiaj, te 10 lat później (ale ten czas zapierdala) w „Morfołakach” uwodzi mnie właśnie to, że sensów i metafor nie znajduję. Miniatury Skrodzkiego są nieoczywiste. To nie Coelho, nie da się w jego scenariuszach znaleźć wulgarnej alegorii i powiedzieć: „ta historia wcale nie jest o potworkach, ale o sensie życia”. Zamiast tego są niepewne punkty zaczepienia, po które sięgam, próbując podpiąć coś sensownego. Jest bardzo plastyczny, niemal płynny świat, w którym może się wydarzyć wszystko. Są postaci wprowadzane na jedną scenę, a zachowujące się, jakby żyły w tym świecie od zawsze. Są i takie, które przewijają się przez kilkanaście scenariuszy, ale wciąż nie wiemy, o co im chodzi. Są dziwaczne, okrutne potwory, wędrujący filozofowie rozważający o prawach rządzących światem i zwykli ludzie, zajmujący się zwykłymi sprawami. Jest gadanie o snach, wierze i ciemności. Są pytania, ale nie ma odpowiedzi. „Morfołaki” rozrzucają przed czytelnikiem wskazówki i tropy, lecz wcale nie oczekują, że czytelnik za nimi podąży. A jeżeli podąży, to nie obiecują, że coś na końcu szlaku odnajdzie. Jakby Skrodzkiego i Skutnika bardziej niż przekazanie czegokolwiek, interesowało samo zabawianie czytelnika. Zwodzenie go, uwodzenie, drażnienie.

Mam taką myśl, że „Morfołaki” to swego rodzaju prawdziwe fantasy. Nie takie udawane, w którym do historycznego średniowiecza dorzuca się małych, grubych ludzi (krasnoludy), wysokich, szczupłych ludzi (elfy) i opisaną bardzo konkretnymi formułkami magię, ale prawdziwe, fantastyczne. Zamieszkałe przez niezrozumiałe istoty, postępujące w nieracjonalny – z naszego punktu widzenia – sposób. Rządzące się zbiorem nieoczywistych reguł (poprzedni integral „Morfołaków” rozpoczyna się od swoistego dekalogu), morfujących w listę delikatnych sugestii, o których z czasem zapominają zarówno autorzy, jak i czytelnik. W świecie „Morfołaków” naprawdę wydarzyć się może wszystko. Dokładnie tak, jak powinno dziać się w fantastycznych światach.

Osobnym tematem są rysunki Skutnika. Mateusz znalazł ciekawe wyjście, by pozostać uczciwym zarówno wobec starych „Morfołaków”, jak i wobec Skrodzkiego – nieobecnego dzisiaj w serii. Postanowił narysować ten komiks tak, jak robił to te naście lat temu. Od ręki, bez przymiarek i poprawek, w undergroundowym założeniu, że będzie dobrze, a jak nie będzie dobrze, to też będzie dobrze. I wyszło mu to fenomenalnie. Postęp wobec prac sprzed kilkunastu lat widać gołym okiem – wystarczy otworzyć obok siebie stare „Morfołaki” i nowe. „Nowy Testament” jest lżejszy, rysowany o wiele pewniej, kadrowanie jest czytelniejsze, a odbiorca nie gubi się już tak łatwo w narracji. A jednocześnie są to te same „Morfołaki” – czasami nabazgrane, czasami pokraczne, czasami nieprzemyślane (np. pierwsza strona nowelki „Wąwóz” jest narysowana w większej ramce niż pozostałe), czasami trudne do odczytania. Zresztą, powrót nagradzanego profesjonalisty z takim bagażem i doświadczeniem jak Mateusz, do siebie sprzed lat ogląda się tak przyjemnie, że wkleję wam tutaj jutubkę z rysowania, bo Mateusz transmitował w internecie powstawanie „Nowego Testamentu”.

To nie jest prosta lektura, po której będziesz mógł pójść do swoich niekomiksowych przyjaciół i chwalić się, że przeczytałeś taki i taki komiks, w którym chodzi o a i b, a najbardziej podobało ci się tamto i owamto. To raczej komiks, który wprawi cię w zakłopotanie i konsternacje. Będziesz sobie zadawał po nim dziwne pytania. Będziesz wracał do scen i nowelek, szukając w nich sensów i metafor. W którymś momencie najprawdopodobniej się wkurwisz i dojdziesz do wniosku, że to wszystko blaga, nie ma to sensu i całe te „Morfołaki” są przereklamowane. Ale wtedy akurat będziesz w błędzie.

PS Bardzo ładny akapit napisał kiedyś o „Morfołakach” Jerzy Szyłak: „I Skutnik, i Skrodzki to twórcy osobliwi – to, co robią i co interesuje ich najbardziej, różni się zdecydowanie od typowych historii komiksowych opartych na wyrazistej akcji i jeszcze wyrazistszych schematach. Bardziej interesuje ich ulotna poezja zdarzeń, nastrój chwili, dziwne stany duszy, to, co kryje się pod podszewką rzeczywistości” (J. Szyłak, Druga strona komiksu, Elbląg 2011, s. 48).

Autor: Tomasz Pstrągowski



Jedna plansza, trzy wersje, szesnaście lat.


Ta plansza to była ostatnia plansza do serii Morfołaki jaką kiedykolwiek narysowałem… Do teraz, znaczy się. To ostatnia plansza z pierwszego runu 1997 – 2001, narysowana właśnie w 2001 roku.

 

Wersja 1 (2001)

 

To pierwsza plansza krótkiej, czteroplanszowej historii (która obecnie otwiera nowy album), więc urwanie tego cyklu akurat na tej planszy wydaje się bezsensowne. Nie za bardzo pamiętam  dokładnie czemu akurat w tym momencie przestałem rysować ten cykl, powodów mogło być parę. Po pierwsze – wydaje mi się że wtedy już mocno siedziałem w innej serii, zatytułowanej Rewolucje, która wyrosła poniekąd na fundamencie Morfołaków. Morfołaki to był komiks zawalony kreskami, rysunkowym chaosem i przypadkowością, bez szkicu, bez przygotowania, bez przebaczenia. Rewolucje, będąc szkicowane ołówkiem w podobny sposób – dążyły w stronę wyczyszczenia kreski w kierunku ligne claire w tuszu (tak, wiem, teraz, z perspektywy czasu ligne claire w Rewolucjach wydaje się żartem).  Drugim powodem mogła być złożoność scenariuszy Nikodema Skrodzkiego, który uczył się pisania tych historii w miarę jak ja je rysowałem. Te ostatnie historie były już mocno złożone, rozbudowane i dłuższe niż większość wcześniejszych, które były krótkimi etiudami. Te ostatnie historie (z których jest złożony najnowszy album, Morfołaki: Nowy Testament) zotały niezrealizowane i ukazały się drukiem w zbiorczym wydaniu Morfołaków w 2007 roku. Trzecim powodem porzucenia cyklu mogła być bardzo trywialna sprawa, mianowicie – skończył mi się papier na którym rysowałem cały cykl do tej pory. Jak się za chwilę okaże – rodzaj papieru jest bardzo ważny w produkcji Morfołaków. Tę zmianę papieru widać na powyższej planszy z 2001 roku, ona ma inne proporcje niż oryginalne Morfołaki. Jest szersza niż pozostałe plansze. Tak czy siak – to był koniec Morfołaków. Aż do 2016.

 

Wersja 2 (2016)

 

Oh boy. Tak patrząc z perspektywy czasu trzeba było się wtedy bardziej przygotować do wielkiego powrotu do tego świata. I to nie tylko technologicznie. Powrót ten nastąpił podczas 24 Hour Comic 2016, w październiku. Jak wiecie jest to 24-godzinny maraton rysowania komiksów. Pomyślałem – będzie pięknie, mam gotowe scenariusze, komiks jest czarno-biały, nie muszę taszczyć farb ze sobą, tylko tusz i piórko, będzie dobrze, poznam nowych ludzi, zwiedzę piękne kraje, mówili. W zasadzie cały ten plan runął w momencie narysowania pierwszej planszy (tej powyżej właśnie). W dwojaki sposób. Po pierwsze technologicznie – kupiłem sobie zły papier. Zwykły brystol. No, taki nie do końca zwykły, był mocno gładki, na tyle, by mnie zwieść z sklepie, ale nie na tyle, by przyjąć kreskę z godnością jaką wymaga ten typ rysunku. Aby to lepiej wam zobrazować, przedstawiam dzięki uprzejmości mojej żony mikroskopowy widok kresek na brystolu zestawiony z widokiem podobnych kresek na papierze który ostatecznie wybrałem do tego komiksu. Mam wrażenie że te obrazki mówią więcej niż tysiąc słów na ten temat:

 

 

 

 

Na wypadek jednak gdyby te obrazki nie był warte tysiąca słów, śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż na zwykłym brystolu położona z piórka kreska staje się mechata, prawdopodobnie zależy to od tego, że piórko kładzie dosyć grubą warstwę tuszu w kresce i ten tusz się rozlewa. Stare Morfołaki były rysowane innym narzędziem, Isografem Rotringa (taka naleciałość ze studiów jeszcze). Rysując ołówkiem lub mazakiem naturalnie takiego problemu nie ma. Tego nie widać na powyższym skanie całej planszy, ale zapewniam was, od razu to zauważyłem gołym okiem i wiedziałem już, że projekt upadł. Jednak będąc twardym zawodnikiem brnąłem dalej podczas tej dwudziestki czwórki, głupio było opuścić kolegów i koleżanki w boju. Wtedy powstało łącznie siedem plansz, które wszystkie posłużyły jedynie jako szkic do porządnych, albumowych plansz a potem poszły do kosza. Zostawiłem sobie tylko tą, na okoliczność tego właśnie artykułu o jednej planszy przez wieki. Ale to nie wszystko. Problemy techniczne to tylko jedna strona medalu. Druga – to problem, z braku lepszego określenia – psychologiczny. Widzicie, Morfołaki to cykl który był rysowany, jak już wcześniej napisałem – bez opamiętania, bez ładu i składu i stricte do szuflady, lub obiegu kserowanych zinów, których było wtedy może kilka w całej Polsce. Nowy album miał być rysowany prosto do wydania albumowego podczas festiwalu komiksowego w Warszawie, wydany w twardej okładce i na kredzie. Jak więc widzicie – problem polegał na tym: jak narysować komiks do szuflady, który łamie wszelkie zasady porządnego rysowania komiksów, a jednocześnie jest komiksem albumowym o statucie, nie bójmy się tego słowa – tak na wpół owianym pewną legendą. Jak połączyć podejście “pieprzyć wszystko, to i tak do szuflady” z narosłym przez lata jako takim profesjonalizmem w temacie rysowania albumów komiksowych. Tyle tematem wstępu. Pierwszym, i jak się okazało największym błędem (tuż po wyborze złego papieru) było to, że ja ten komiks zacząłem szkicować. Tak jakbym rysował Rewolucje. Morfołaki zawsze powstawały bez szkicu. Zawsze. Te naszkicowane totalnie odstawały jakościowo od starych plansz. Może nie tyle jakościowo, co charakterem. To wyglądało jak zupełnie inny komiks. A chodziło mi o to, by ten cykl rysować na tyle podobnie do starego runu na ile się tylko da, biorąc pod uwagę, że minęło 15 lat. Tak więc to pierwsze podejście do powrotu spaliło na panewce, a ta plansza to jedyna pamiątka z tej porażki. Idźmy dalej.

 

Wersja 3, ostateczna (2017)

 

No i tak to teraz wygląda. To jest plansza, którą zobaczycie zaczynając czytać ten album. Szesnaście lat po przerwaniu rysowania, na innym papierze, innym narzędziem, będąc innym człowiekiem próbuję wejść drugi raz do tej samej rzeki. Na fotografiach mikroskopowych powyżej można zauważyć, że ten nowy, odpowiedni papier to 160 g/m2 glossy color copy. Tak, to papier do ksero. Taki grubszy. Ale najważniejsze jest to, że połyskliwy. Jak tusz z piórka zachowuje się na takim połyskliwym, (kredowym? lakierowanym?) papierze – widać pod mikroskopem powyżej. To był ten papier. Ten jedyny, ten najlepszy. Żona mi go znalazła – to oczywiste, że został tym jedynym. Zanim zaczniecie sarkać, że jak to, jak można rysować albumy na takim śmieciowym papierze – chciałem was poinformować, że pierwszy run Morfołaków był rysowany na kartonowych podkładkach do koszulek typu t-shirt, których to podkładek kiedyś używano w sklepach (koszulki były ładnie złożone na takim kartonie). Ten karton był również lakierowany i lśniący i Isograf jeździł po nim jak łyżwa po lodzie. Podobnie jak teraz piórko na tym papierze ksero. Także, jak widzicie, rysowanie tego komiksu na najgorszym materiale jest jakby tradycją. Druga sprawa – teraz łatwo mi o tym mówić z perspektywy czasu i skończonego albumu, ale wtedy, w lutym 2017, kiedy na nowo zaczynałem rysować ten album (tak, ten fakap z pierwszym podejściem do narysowania nowych Morfołaków z października zastrzelił mnie na cztery miesiące), wielkim olśnieniem dla mnie było to, że tego komiksu nie mogę szkicować. Że muszę go bezczelnie puścić, bez przebaczenia, bez poprawiania, bez litości tak, jak te stare Morfołaki. Tak naprawdę pierwsza strona, która została narysowana to nie jest ta pierwsza w albumie (powyżej), tylko pierwsza z drugiej historii pt. Wąwóz. Poza tym to nie była plansza, tylko próba zrobienia tej planszy. Możecie zauważyć że jest większa niż wszystkie inne w albumie – bo nie miała ramek, była po prostu narysowana na odwal na kartce i tyle. Tak po staremu, bez ładu i składu. Ale jak ją narysowałem to wiedziałem, że jestem na dobrym tropie i że to tak właśnie ma wyglądać. Potem poszło już w miarę gładko, co możecie obejrzeć w pierwszej serii mojego cyklu video Ink Companion, o tutaj.

 

Taka jest historia tej planszy, papieru, tuszu, narzędzi i mentalnych potyczek z samym sobą jakie musiałem przejść by dać wam do ręki ten nowy tom morfołackiej sagi. Mam nadzieję, że stare i nowe jakoś ze sobą współgra.



scenariusz vs strona


Najczęściej scenarzysta polski pisze komiksy w formie opowiadania. Co, kto, gdzie i dialogi. Reszta zostaje w gestii rysownika. Czasami jednak ma on konkretną wizję planszy i nie ma bata, trzeba trzymać się scenariusza. Co ciekawe, Nikodem Skrodzki, scenarzysta morfołaków prawie wszystko pisał w formie opowiadania, czasami tylko dawał sugestię ułożenia kadrów na stronie. Jednak, nie wiedzieć czemu, te dwie strony rozrysował szczegółowo, dzięki czemu mogę wam pokazać porównanie scenariusza ze skończoną stroną. Enjoy!

 

 


Next Page »