Ostrożnie we mgle


Mateusz Skutnik, Jerzy Szyłak „Rewolucje tom 7: We mgle”, wyd. Timof i cisi wspólnicy
Ocena: 7 / 10

Każdy kierowca wie, że poruszanie się we mgle wymaga zachowania szczególnych środków ostrożności. Czy o podobnej zasadzie winni pamiętać również autorzy „Rewolucji”, umieszczając fabułę najnowszego tomu serii w gęstej niczym mleko zawiesinie?

Przed wynalezieniem odbiorników telewizyjnych przyjazd cyrku stanowił nie lada atrakcję, zwłaszcza w mniejszych miasteczkach, gdzie paleta rozrywek ograniczała się do skromnych pasaży handlowych, wędrownego kataryniarza, klubu i łaźni dla miejscowych notabli oraz ulokowanej dyskretnie dzielnicy uciech. Wyłaniający się znienacka na zatopionej we mgle ulicy cyrk braci Fellini mógł więc liczyć na nadkomplet podczas wieczornego przedstawienia. Tym bardziej, że obok urodziwych akrobatek, przezabawnych clownów i dzikich zwierząt szczycił się światowej sławy iluzjonistą, doktorem Mykolasem Edmondantesem, który zechciał dać popis swych wyjątkowych umiejętności, hipnotyzując całą zebraną w namiocie publiczność. Jednakże nie samym cyrkiem żyje miasteczko. W dość zagadkowych okolicznościach giną bowiem szanowani obywatele, stawiając miejscowego inspektora i podległych mu konstablów przed najtrudniejszym w karierze dochodzeniem.

„Rewolucje we mgle” to album wieńczący dylogię, do której współtworzenia Mateusz Skutnik zaprosił Jerzego Szyłaka. Abstrahując od niewątpliwej przyjemności, z jaką przychodzi konsumowanie kolejnej opowieści niesamowitej, sięgającej czasów drugiej rewolucji przemysłowej, momentami nasuwa się nieodparte wrażenie, że tym razem autorzy zdecydowali się pójść drogą na skróty, co we mgle nie zawsze okazuje się najlepszym rozwiązaniem.

Pierwszym symptomem wskazującym na powyższe może być objętość tomu, o połowę skromniejsza od poprzedniego. Świadomie, bądź nie, Jerzy Szyłak, rozpisując scenariusz komiksu, nawiązał do zakończenia pierwszego czteroksięgu „Rewolucji”, obrazując triumf metafizyki nad bezduszną myślą techniczną. Zapewne dlatego – w odróżnieniu od „Rewolucji na morzu”, które skonstruowane były wręcz z hitchcockowską precyzją – postawił na niedopowiedzenia, intertekstualne tropy, pozostawiając ostateczną interpretację w rękach czytelników. I chociaż metoda ta sugestywnie potęguje oniryczną atmosferę pogrążonego w gęstych oparach miasteczka, można by się spierać, czy takie rozwiązanie nie oznacza przypadkiem pójścia na swego rodzaju łatwiznę. Fabuła więcej rodzi elementarnych pytań niż odpowiedzi, poznajemy jedynie skutki, nie zaś przyczyny, a dodatkowe kilkanaście stron mogłoby wiele w tej materii zmienić.

Pełni swoich możliwości nie pokazał również Mateusz Skutnik. Odwołując się do retoryki motoryzacyjnej, we mgle należy przede wszystkim jeździć wolniej. Paradoksalnie, badania wykazują, że kierowcy w takiej sytuacji zwiększają prędkość. Podobnie postąpił Skutnik – podczas prac nad omawianym tomem przyśpieszył tempo, rysując jedną planszę dziennie (czym zresztą chwalił się na swym blogu). Niestety odbiło się to na detalach – rysunki są mniej dokładne, co widać zarówno w scenach zbiorowych (wystarczy porównać widownię zgromadzoną w cyrku na stronach 11 lub 13 z widownią koncertu na stronie 8 „Elipsy”), jak i w kadrach prezentujących bohaterów w zbliżeniu.

Te mankamenty nie przekreślają walorów albumu, nadal mamy do czynienia z godnym reprezentantem polskiej sztuki komiksowej, jednakże rozpieszczeni marynistyczną odsłoną serii, oczekiwalibyśmy równie znakomitego efektu. Tymczasem zabrakło kilkunastu stron scenariusza, kilkunastu więcej dni rysowania. Albo ostrożności, niezbędnej do poruszania się w gęstej mgle.

Artur Maszota

[źródło]