Rewolucje 6; recenzja na Esensji


„Rewolucje” Mateusza Skutnika to z pewnością jedna z najciekawszych serii komiksowych publikowanych obecnie w Polsce – tym bardziej jesteśmy dumni, że pierwszy to cyklu pierwotnie opublikowany był na łamach „Esensji”. Połączenie estetyki steampunku z alternatywnym spojrzeniem na kluczowe wydarzenia historii ludzkości, nutką (a nawet nutą) surrealizmu i zaskakująca formą graficzną z groteskowymi twarzami bohaterów, nadającymi wszystkim wrażenia anonimowości było z pewnością jedynym takim dziełem w polskim komiksie. Na rynku pojawił się już tom szósty opowieści, zatytułowany „Na morzu”, w którym po raz pierwszy Skutnik ma współautora scenariusza. Jest nim nie byle kto, bo sam Jerzy Szyłak, uznany popularyzator komiksu i twórca nieraz kontrowersyjnych scenariuszy.

Jak jest efekt tej współpracy? Oczywiście trudno powiedzieć, kto dokładnie za co odpowiadał, ale czytając komiks ma się wrażenie większej fabularnej spójności opowieści niż w poprzednich tomach. „Na morzu” to po prostu historia pewnego dramatycznego rejsu, losów nieźle scharakteryzowanych bohaterów, przewrotnie spuentowana. Całość, pomimo wprowadzania intrygujących elementów steampunkowych, najbliższa jest klasycznej opowieści grozy, czerpiącej bezpośrednio z Hitchcocka.

Przyznać jednak należy, że pomysł wstępny – rejsu luksusowym transatlantykiem – wyraźnie nawiązuje do „Titanika” (aż się wygląda gór lodowych po drodze). Na pokład statku wsiadają pasażerowie – naukowiec-wynalazca, filmowiec z kinematografem, milioner, pewne małżeństwo, prywatny detektyw, a także pewien tajemniczy więzień, najprawdopodobniej seryjny morderca, o którym policjanci wspominają, że „skonstruował urządzenie, za pomocą którego mordował ludzi na odległość”. W tym czasie oczywiście okrętuje się obowiązkowa orkiestra, która, jak każe tradycja, powinna grać do końca.

Skutnik dawkuje nam elementy swego uniwersum, ale są to elementy fascynujące. Pylony emanujące polem elektromagnetycznym, latające holowniki-sterowce, niektóre kadry oglądamy okiem prostej kamery. Kluczowa dla fabuły będzie jednak atmosfera zagrożenia, nie od początku oczywista, autorzy mylą tropy (np. dyskusją o szalupach), by wreszcie rozwinąć opowieść w określonym kierunku, zafundować nam hekatombę i przewrotną pointę. Pointę, którą można interpretować na różne sposoby – jako ironię losu, przypomnienie o podstawowych wartościach, krytykę dehumanizacji, bądź po prostu żart autorów. Tak czy inaczej – owa pointa znakomicie podsumowuje kolejny bardzo dobry album w cyklu.

Konrad Wągrowski



Kadaf et Ski w Kult Magazine


2/3 planszy wykonane do komiksu Kadaf et Ski – produkcji belgijskiego magazynu Kult.



23




the librarian




24 hour comics day 2011 – the cover




24 hour comics day 2011 – full comics





24 hour comics day 2011 – the making of


the making:

the effect:



DaymareTown sketches




Watercolour Blaki






Rewolucje 6: na Morzu


Rewolucje 6: na Morzu

Scenariusz: Jerzy Szyłak | rysunki: Mateusz Skutnik

sample pages / przykładowe plansze

Important note for english speakers: Yes, you can buy this book and still read it, because we enclose an english translation, and not only that – along that translation we’ll print a never before seen watercolour picture corresponding to the album, but not featured in the album itself, so in a way you’ll be getting more than the polish reader. You’re welcome. :D

  • wydawnictwo: Timof Comics
  • cena z okładki: 69 pln
  • rok wydania: 9/2011
  • liczba stron: 88
  • format: 210X290 mm (A4)
  • oprawa: twarda
  • papier: kreda
  • druk: kolor

Po raz pierwszy w historii świata Rewolucji do głosu dochodzi profesor Jerzy Szyłak i jego wyobraźnia. Scenariusz niniejszego albumu wymyśliliśmy wspólnie, przerzucając się na gorąco pomysłami – coraz to lepszymi, przynajmniej w naszym mniemaniu. Gdy w końcu strzeliłem pomysł na zakończenie albumu – na kilka chwil zapadło głuche milczenie. Wiedzieliśmy że udało nam się wymyśleć coś dobrego. Wszystko to działo się w 2004 roku, w roku pierwszych albumowych Rewolucji wydanych w Egmoncie. Profesor Szyłak później spisał pełny scenariusz na podstawie naszych luźnych pomysłów i… scenariusz ten trafił do szuflady, czekając na lepsze czasy. Może lepsze nie jest dobrym określeniem – na czasy w których będę w stanie go odpowiednio zrealizować. Z rozmachem, na który ten scenariusz zasługiwał. Siedem lat później ten moment przyszedł. Oto on. Po drodze rozrósł się z normalnego, 46-stronicowego albumu do 84-stronicowego tomiszcza. Jest to obiektywnie patrząc dobry znak, ponieważ ten sam los był udziałem mojego najlepszego komiksu jaki kiedykolwiek stworzyłem – szorta Kinematograf. Tam też pozwoliłem sobie nie liczyć godzin ni stron. Kinematograf z kilkustronicowego założenia urósł do 17 stron i na dobre to mu wyszło. Mam nadzieję że na równie dobre wychodzi to również temu albumowi. Przeczytajcie, skomentujcie, porozmawiamy.

see also:

Recenzje:


« Previous PageNext Page »