Hunting season


Zeszły śniegi (przynajmniej u nas) i czas się zabrać do roboty, festiwal w Warszawie za rogiem a tu trzeba album namalować. Tak więc tego, zaczynamy. Czas zapolować na jakąś planszę roku znowu.

blaki_begins_1

blaki_begins_2

blaki_begins_3

blaki_begins_4



Afera Robaczkowa


robaczki_noc

  1. Część pierwsza, w której świeżo po seansie filmu Robaczki okazuję swój święty oburz.
  2. Część druga, w której polemizuje ze mną Marek Kuprowski, dwa razy.
  3. Część trzecia, w której o sprawie pisze Gazeta.pl
  4. Część czwarta, w której zmieniam medium i szerzę nienawiść poprzez fale radiowe. 
  5. Część piąta, w której dzięki portalowi wykop.pl portal natemat.pl zainteresował się tematem.
  6. Część szósta, najlepsza, w której my, społeczeństwo, odnosimy zwycięstwo!


Robaczki, część 6


[część piąta]

Uwaga, zwycięstwo!

robaczki_autorzy

Po krótce:

Tak, rzeczywiście twórcy nic nie wiedzieli o tym dubbingu. Tak, wycofano z polskich kin wersję dubbingowaną, od 27 stycznia ponoć ma być wersja oryginalna.

Tak, czuję się tak, jakbym coś wygrał.



Robaczki, część 5


[część czwarta]

artykuł z portalu natemat.pl, autor: Antoni Bohdanowicz

Francuzi stworzyli nieme kino. Polscy producenci dopisali do “Robaczków z Zaginionej Doliny” narrację
Czy słyszeliście, aby do niemych filmów Charliego Chaplina ktoś podkładał głos? Coś podobnego uczynili producenci długometrażowej produkcji “Miniscule: Robaczki z Zaginionej Doliny”. Do francuskiego filmu dopisali narrację, a głosu udzielił Andrzej Grabowski. Oryginalni twórcy “Robaczków” celowo unikali dialogów i antropomorfizmów. Polscy fani Miniscule słusznie są tym oburzeni.

Na ekrany kin właśnie wyszedł film dla dzieci „Robaczki z Zaginionej Doliny”. Jest to pełnometrażowa wersja „Miniscule”, serii krótkometrażowych filmików animowanych o życiu owadów. Polska wersja różni się mocno od zagranicznych: film ten jest oryginalnie niemy, a polski producent – wbrew zamiarom twórców tego obrazu – postanowił dopisać narrację.

W serwisie wykop.pl natrafiliśmy na wpis z bloga Mateusza Skutnika, animatora, który krytykuje polską wersję „Robaczków z Zaginionej Doliny”. Autor wraz z dziećmi udał się do kina w nadziei, że zobaczy świetny film z serii miniscule. Tymczasem obejrzał coś zupełnie innego.

Kino Świat International stworzyło bowiem zupełnie nowy film. Dodali rolę Andrzeja Grabowskiego, który na potrzeby polskiego producenta wcielił się w rolę jednej z Biedronek. Od razu dodamy, że w oryginalnej wersji “Robaczków…” nie było żadnych ról.

Co za skończony debil uznał, że polskie dzieci są kretynami i nie zrozumieją pięknie i jasno przedstawionej fabuły filmu, w którym w oryginale nie ma ani jednego słowa dialogowego. Ani jednego. A ci dwaj pieprzą przez całą długość filmu, od samego początku, jeszcze jak był czarny ekran aż po sam napis koniec. Najbardziej kuriozalne jest chyba to, że obaj ci panowie, tak jak i widzowie w kinie oglądają ten film razem z nami i opowiadają sobie co widać na ekranie. Cały czas. Od początku do końca. Mrówka płynie? O, dziadku, dokąd ta mrówka płynie. Biedronka gdzieś idzie? O, dziadku, biedronka gdzieś idzie. I tak w kółko, bez końca.

Zapytaliśmy Andrzeja Grabowskiego, o szczegółach pracy. Główny zainteresowany sam za bardzo nie wie, o co chodzi. Dostał po prostu zlecenie na udzielenie głosu. Po resztę informacji odsyła do producenta.

Odnośnie samego tekstu. Do stworzenia go zatrudniono Kubę Wecsile. Scenarzysta wcześniej odpowiadał za polskie wersje dialogów do wielu filmów animowanych. Wecsile nawet został pochwalony przez pewnego krytyka za swoją pracę.

I tak polska wersja “Robaczków” oburzyła fanów Miniscule. Zwłaszcza, że filmiki Helene Giraud i Thomas Szabo opierały na dźwiękach a nie na słowach. Nie chcieli też stworzyć filmu animowanego. Sami powiedzieli, że unikali uczłowieczenia bohaterów „Robaczków w dolinie mrówek”. Wspomniał o tym Skutnik, my zaś przedstawiamy pełną treść oświadczenia autorów, które można znaleźć na stronie filmu.

Nie chcieliśmy, aby nasze postacie wyglądały za bardzo realistycznie, czy na zbyt kreskówkowe. Naszym celem było osiągnięcie tej delikatnej równowagi pomiędzy realistycznym światem, opartym na dokumentacji, a uproszczoną wersją graficzną. To co stało za decyzją, by film nie zawierał dialogów, był fakt, że sami chcieliśmy stworzyć film, który byłby zbliżony bardziej do filmu dokumentalnego, aniżeli klasycznych filmów animowanych. Prawdziwe owady mają być tym, czym są naprawdę (nie rozmawiają, nie uśmiechają się, nie stroją min, nie puszczają oczek…). Chcieliśmy zachować ten brak mimiki i uniknąć „uczłowieczenia” ich. Czasami mają szersze oczy z kreskówkowymi źrenicami. Jednak nigdy nie mają ludzkich cech.

Skoro sami autorzy filmu nie chcieli stworzyć zwykłego filmu animowanego, to dlaczego polscy producenci postąpili inaczej? Wysłaliśmy do polskiego dystrybutora filmu zapytanie w tej sprawie. Osoba odpowiedzialna nie skontaktowała się z nami przed wysłaniem tekstu.

[źródło]

p.s. – w tekście dziennikarz odnosi się do strony wykop.pl. na której również pojawiła się informacja na temat świętej wojny robaczkowej:

robaczki_wykop

[źródło]

[część szósta! Najlepsza!]



Robaczki, część 4


[część trzecia tutaj]

Tym razem, żeby nie zostać posądzonym o wtórność – rozprostowujemy kości, udajemy się do radia i szerzymy świętą wojnę robaczkową drogą fal radiowych. Zostałem zaproszony przez autorów audycji Stacja Kultura w Polskim Radiu Czwórce.

[source]

[jedziemy dalej, część piąta…]

 



Robaczki, część 3


[część druga tutaj]

Artykuł w portalu Gazeta.pl z dnia 22.01.2014.

robaczki_mrowki

Niezwykła animacja – niema, ale… z polskimi dialogami. Rysownik wściekły: “Niewiarygodne”. A dystrybutor milczy.

(more…)



Robaczki, część 2


[część pierwsza tutaj]

Tyle słów padło, że zasługuje to na nowy wpis, a na facebooku to po prostu zginie, a  szkoda.

Na mój rant, mylnie przez niektórych nazywany recenzją odpisał Marek Kuprowski, dziennikarz o którym wspominam w głównym tekście. Za komentarz dziękuję i z góry informuję że moja odpowiedź nie będzie miała zabarwienia nikczemno-prześmiewczego. Tak więc sensatom dziękujemy za uwagę. Oto komentarz Marka:

robaczki_kuprowski

[źródło]

A tutaj postaram się odpowiedzieć rzeczowo na kilka wątków, w których wydaje mi się mam coś do powiedzenia.

No więc, nie wspominam, że znajomi mówili mi o tym serialu, ale że dopatrzyłem się w internecie grupy polskich fanów. Jeśli chodzi o mnie, rozpytywałem wśród znajomych i, niestety, żaden z nich o “Minuscule” nie słyszał.

Przyznaję się do błędu, rzeczywiście jest tak jak mówisz, poprawiam ten szczegół w oryginalnym tekście.

Postanowiłem się przyznać, że to dla mnie pierwszy kontakt z tak ważną dla niektórych animacją, żeby fani mogli się dowiedzieć, jak wyglądają wrażenia kogoś, dla kogo ten film to pierwsza styczność z “Robaczkami”.

Ja rozumiem to podejście. Problem jednak w tym, że jak czytam lub oglądam recenzję dziennikarza w gazecie, to wolałbym żeby to był tekst kogoś kto orientuje się w temacie, a nie kogoś kto stawia się w pozycji przeciętnego zjadacza chleba. Opinia przeciętnego zjadacza chleba, który pierwszy raz zetknął się z tematem po prostu mnie nie interesuje. To jest taki dziennikarski błąd logiczny. Pisanie z perspektywy kogoś, kto nic nie wie może być w pewien sposób korzystne dla twórcy dzieła, jednak recenzja nie jest dla twórcy, tylko dla odbiorcy. W tej sytuacji równie dobrze moglibyście po prostu nagrywać opinie ludzi wychodzących z kina po seansie – wartość byłaby ta sama. Ja bym jednak chciał żeby dziennikarz wiedział więcej, mówił więcej.

Co najważniejsze, PRZENIGDY nie wpadłbym na to, że dystrybutor postanowił wziąć film niemy i dopisać do niego dialogi! Jest to dla mnie niewyobrażalne i brzmi jak pomysł z innej planety.

A jednak tak właśnie się stało. Ja mam pytanie – czy przed seansem wiedziałeś o tym dubbingu? Że on w ogóle istnieje? W trailerze go nie ma. Specjalnie zapytałem osobę która widziała trailer w kinie, czy wygląda to dobrze. Odpowiedź brzmiała – tak, wygląda to tak jak w serialu. Tu wraca temat nieuczciwej reklamy.

Zwłaszcza, że – gdybyś był w stanie wyjść z siebie i stanąć z boku – pewnie dostrzegłbyś, że narracja “Ferdka” pasuje do wszystkiego, co widzimy i wygląda, jakby była w tym filmie od zawsze. 

Wychodzę z siebie, staję z boku i odpowiadam: nie, nie mogę się z tym zgodzić. Narracja Ferdka nie pasuje do niczego. Pomijając kwestię treści (o tym za chwilę) – sama konstrukcja tej narracji jest jednym wielkim zgrzytem. Otóż – cała ta gadanina to masło maślane. To narracja powtórzona drugi raz. To film niemy, całą narrację filmu poznajemy poprzez obraz, a nasi komentatorzy opowiadają dokładnie to, co widać na ekranie. To sytuacja obrazka, na którym bohater siada na krześle, a u góry jest napisane: bohater siada na krześle. W dziedzinie komiksu to jest jeden z podstawowych, kardynalnych błędów prowadzenia narracji – podejrzewam że w sztuce filmowej jest podobnie.


Cytat z oficjalnego press booka rzeczywiście wiele mówiący. Widzę go po raz pierwszy, staram się bowiem nie sugerować press bookami, tylko informacji szukać na własną rękę.

No ale wcześniej napisałeś, że nie szukałeś informacji na własną rękę. Podszedłeś do filmu i recenzji z pozycji neofity. W tej sytuacji to już chyba lepiej oprzeć się na press booku niż na niczym.


Kwestia poziomu żartów to już rzecz indywidualna.

I tak i nie. Jeżeli mówimy o żartach które nam się podobają lub nie – to tak, masz rację. Ale ja pisałem o czymś innym. Ja pisałem o stosunku treści żartów do treści filmu, a tutaj to już nie jest rzecz indywidualna. Te żarty nijak nie pasują do atmosfery filmu. To jest rzecz niezaprzeczalna. Dodatkowo – ta paplanina nie raz zagłuszała oryginalną ścieżkę dźwiękową filmu.

Jest jeszcze jedna sprawa, skoro jesteśmy przy treści narracji. Wiele rzeczy zostało niepotrzebnie dodane, dopisane, do-wymyślone. Na przykład: imona bohaterów, imiona królowych mrówek, płci postaci (wspomniany czarny pająk który okazuje się że to jest “ona” i jest chora psychicznie) – jakieś poboczne wątki o tym że babcia poszła do sąsiadów i nie ogląda z nimi tego filmu, że czarny pająk jest działkowcem i najbardziej bolesne: że nie wszystko w tym filmie jest naprawdę, że to tylko reżyser dodał sobie później, a tak naprawdę tego nie było. To już po prostu zbrodnia.

Wściekać się na żarty w stylu biedronka mówi do biedronki “siedź prosto”?

Jak najbardziej. Poprzednio pisałem o ograniczonej antropomorfizacji postaci. To nie jest kwestia gustu czy przyswojenia żartu, to kwestia artystycznego wyboru twórców. Insekty w tym filmie po prostu nie mówią, podobnie jak nie mają foteli, telewizorów, lodówek ani koszy ze śmieciami które trzeba wynosić. I ten wybór po prostu zlekceważono.

Absolutnie rozumiem jednak Twoje (Wasze) oburzenie, skoro jesteście fanami serialu i dla was to świętokradztwo. Pewnie gdyby chodziło o jedną z moich ulubionych produkcji, podobnie kipiałbym wściekłością i nie miałbym litości. Rozumiem więc też emocje.

Wiesz co, w sumie ja nie chcę brzmieć jak miłośnik Star Wars, który z pianą na pysku krzyczy że George Lucas zmarnował mu dzieciństwo. Tu nie chodzi o to, że jestem fanem serialu, bez przesady, nie obwieszam sobie domu plakatami Minuscule. Nie można tu też mówić o klasycznej sytuacji “książka była lepsza!” – bo to nie jest adaptacja z jednego medium na inne. Tu nie ma wizji jednego artysty która jest w jakiś sposób odmienna od wizji innego artysty. Tu chodzi o to, że ktoś wziął gotowe dzieło sztuki i je po prostu zbezcześcił.

Zrozum(cie) jednak, że ci, którzy o dokonującej się (w Twoim/Waszym mniemaniu) zbrodni nie wiedzieli, nie poczuli się krzywdzeni, a może nawet dobrze się bawili.

Nie wątpię. Jednak ignorancja nie może być wytłumaczeniem. Nie zgadzam się na taką wizję świata.


Pisanie do twórców i uświadamianie ich to raczej w tej sytuacji rzecz zbędna, bo nie wydaje mi się, żeby istniała możliwość, aby Kino Świat podjęło taką decyzję samowolnie, bez konsultacji i zgody oryginalnych twórców.

A więc wydaje ci się, że taka możliwość nie istnieje? Spójrz na to:


minuscule_autor_kom

[źródło]

To wpis na oficjalnej stronie filmu na facebooku. W wolnym, koślawym tłumaczeniu brzmi to tak:

Julien: Obejrzałem Minuscule po Polsku, nic nie zrozumiałem z dialogów ale i tak zrozumiałem cała historię. Czekam na wersję francuską żeby obejrzeć z całą rodziną. Dziękuję wam za ten mały klejnot.

Minuscule: Przecież nie ma dialogów po Polsku w filmie, tylko “mowa” insektów?

Julien: Jest jakiś dziadek czy ojciec, który opowiada historię synkowi lub wnuczkowi.

Chciałoby się powiedzieć – SZACH MAT. Mam wrażenie że twórcy nadal nie za bardzo wiedzą co się dzieje w bolandzie. Co – jeżeli jest prawdą – jest sytuacją skandaliczną po prostu.

Widząc reakcję Twoją i komentujących Twój tekst, od razu wysłaliśmy jednak do dystrybutora pytania i prośbę o komentarz, koledzy z działu Kultura oczekują właśnie na odpowiedzi (a może już są nawet w trakcie pisania tekstu?).

A to ciekawe. Mam wrażenie że równie dobrze możecie pisać na Berdyczów, na poste restante, no ale zobaczymy.

Druga część wymiany:

robaczki_kuprowski_2

To po kolei:

[…] nawet recenzent nie jest w stanie się orientować we wszystkich niuansach, dotyczących każdej produkcji – akurat w wypadku “Robaczków” […] uznałem, że mogę podejść właśnie w ten sposób. Robię to rzadko, ale przy tej recenzji takie podejście mi pasowało.

Ja całkowicie rozumiem to podejście. Rozumiem także, że nie można być ekspertem we wszystkich dziedzinach i zakamarkach filmowych na raz. Ja po prostu jestem przeczulony na taką dziennikarską postawę, bo w naszym komiksowym półświatku praktycznie mamy do czynienia tylko z taką. Jak udzielam wywiadów od dziesięciu lat, tak nigdy nie spotkałem się chociażby z jednym dziennikarzem, który chciałby porozmawiać o czymś więcej, niż tylko “czy komiksy się czyta czy ogląda”, “skąd czerpie pan inspiracje” i “dlaczego właśnie komiks”. Na te trzy pytania odpowiedziałem już tyle razy, że udzielanie wywiadów po prostu straciło dla mnie sens. I to jest dokładnie to samo podejście – dziennikarz próbuje swoim czytelnikom, zwykłym zjadaczom chleba w prosty sposób przybliżyć ten egzotyczny i nieznany nikomu odłamek kultury popularnej jakim jest komiks. No i jadą tak nas z perspektywy “przeciętnego czytelnika gazet”, jak mówię, od lat. Koniec dygresji.

Nie czułem, żeby oceniając ten film absolutnie niezbędne było porównywanie go do serialu i jego dokładna znajomość;

Jak najbardziej. To nie było potrzebne. Ale popatrz jak bardzo ta wiedza zmienia ocenę tego filmu.

Nie zgadzam się na Twoją wypowiedź o ignorancji. Chodzi mi o to, że nie możesz i nie powinieneś (no i nie masz takiej mocy) zabraniać komuś dobrej zabawy na tym filmie, bez względu na wszystko.

Nie zrozumieliśmy się.  Mówiąc o ignorancji nie miałem na myśli odbiorców, tylko osoby decyzyjne, odpowiedzialne za dodanie tego dubbingu. Kimkolwiek by one nie były, czy to po stronie polskiej, czy francuskiej, tak do końca przecież nie wiemy i tylko spekulujemy sobie w najlepsze.

moim zdaniem dobudowywanie do wizualnej narracji elementu narracji językowej – w taki sposób, jak to opisujesz – miało tu (m.in.) funkcję humorystyczną. Czy Cię to bawiło, czy nie, to tylko Twoje odczucie.

Nie do końca. Dobudowywanie jakiejkolwiek funkcji do skończonego dzieła, jakim jest film, jest ingerencją w jego strukturę formalną. Fakt, że to była  funkcja humorystyczna niczego nie zmienia.

nie jestem specjalistą od komiksów, których przykład podajesz, ale czy w podobny nie zachowuje się np. Deadpool?

Też nie jestem specjalistą od komiksów, zwłaszcza od tych zza oceanu. Z tego co wiem to Deadpool jest akurat postacią która łamie wszelkie zasady, łącznie z czwartą ścianą. Tak więc podawanie Deadpoola jako przykładu na “prawidłowe prowadzenie fabuły” nie jest zbyt szczęśliwe.

[O rety, tego jest więcej! Część trzecia tutaj].



Robaczki z zaginionej doliny. Minuscule po polsku…


W drodze powrotnej zastanawiałem się, kiedy ostatnio wychodziłem z kina aż tak bardzo wkurwiony.

I wyszło mi, że nigdy.

Już dawno nikt tak nie przegrał życia, jak Kino Świat, polski dystrybutor filmu Minuscule – La vallée des fourmis perdues – po naszemu Robaczki z zaginionej doliny.

minuscule_film

Obejrzałem film w kinie w sobotę, piszę tekst w poniedziałek, te dwa dni potrzebne były mi na ochłonięcie, inaczej cały rant składałby się jedynie z przekleństw i wyzwisk. Tak więc, mając to na uwadze:

Co za skończony debil wpadł na pomysł, żeby film NIEMY zaopatrzyć w narrację cholernego Ferdka Kiepskiego i jakiegoś randomowego dzieciaka. Tak, to aktor Andrzej Grabowski, ale w tym filmie to dla mnie jest Ferdek Kiepski, a nie pan Andrzej, powszechnie ceniony polski artysta scen wszelakich.

Co za skończony debil uznał, że polskie dzieci są kretynami i nie zrozumieją pięknie i jasno przedstawionej fabuły filmu, w którym w oryginale nie ma ani jednego słowa dialogowego. Ani jednego. A ci dwaj pieprzą przez całą długość filmu, od samego początku, jeszcze jak był czarny ekran aż po sam napis koniec. Najbardziej kuriozalne jest chyba to, że obaj ci panowie, tak jak i widzowie w kinie oglądają ten film razem z nami i opowiadają sobie co widać na ekranie. Cały czas. Od początku do końca. Mrówka płynie? O, dziadku, dokąd ta mrówka płynie. Biedronka gdzieś idzie? O, dziadku, biedronka gdzieś idzie. I tak w kółko, bez końca. Traktowanie dzieci jak idiotów ma swoje apogeum w scenie w której biedronkę łapie żaba, a Ferdek mówi nam z ekranu: e, tam nie było żadnego potwora, to pan reżyser dodał to do filmu w postprodukcji. Taki efekt czydy. Czydy w tej sytuacji ma oznaczać określenie 3D, a ponieważ Ferdek gra starego dziadka, więc naturalnie gra go jako technicznego imbecyla. Z ciekawszych kąsków polskiego dubbingu można by jeszcze wymienić fakt, że Ferdek podczas seansu trzy razy zasypia, wnuczek dwa razy idzie do kuchni po ciasto, jak zadaje trudniejsze pytania to dowiaduje się że ma siedzieć cicho i nie garbić się oraz czy będzie wynosił grzecznie śmieci. Zabrakło tylko, żeby tego dzieciaka dziadziuś wysłał po piwo. Nic z tych rzeczy nie ma nic wspólnego z tym co się dzieje na ekranie. Oczywiście nie mogło zabraknąć humoru dla starszych, więc czerwone mrówki są określane jako czerwoni, a jak się wnuczek pyta dokąd idzie ta czerwona mrówka (wracała do mrowiska) to dziadek odpowiada, że ona idzie na wschód.

Jeżeli ktoś kompletnie nie kojarzy genialnego serialu dla dzieci o tym samym tytule, to wyobraźcie sobie taką sytuację: Trio z Belleville – jeden z klasyków animacji, film praktycznie niemy. Wyobraźcie sobie że Ferdek Kiepski pieprzy przez całą długość filmu o tym, co dzieje się aktualnie na ekranie. Nóż otwiera się w kieszeni? Oczywiście.

Nie wyszedłem z kina tylko dlatego, że byłem z dziećmi. Zresztą wiele osób w komentarzach na sieci mówi to samo. Tylko ze względu na dzieci zostawali w kinie do końca tego festiwalu srania na materiał źródłowy. Narracja opowiada o wyssanych z palca rzeczach, które nie tylko nie pojawiają się w filmie, ale zakrzykują jego spokojną i cichą atmosferę. Jedna z ciekawszych postaci filmu, mały czarny pająk który zbiera na łące rzeczy i robi z nich dzieła sztuki zostaje w narracji zmasakrowana poprzez określenie, że jest chora psychicznie i jest kleptomanką. I że była w złym momencie życia w tym okresie, ale potem została dobrym działkowiczem. Ponownie – nie ma to nic wspólnego z tym co się dzieje na ekranie.

Oto co czytamy w oryginalnym press packu filmu ściągniętym z oficjalniej strony:

Visually we didn’t want the characters to be too realistic or «cartoonish» either. The aim was to achieve a delicate balance between realistic information, based on documentation, and a simplified design. The decision to forego the use of dialogues was based on the fact we wanted to produce something closer to a documentary than in classic animated films. Real insects being what they are (they don’t talk, or smile, frown, wink…) we wanted to preserve this lack of facial expressions and avoid «humanizing» them. They do sometimes have wide eyes with cartoonish pupils, but never anthropomorphic attitudes. Hélène Giraud & Thomas Szabo

Twórcy jasno i wyraźnie mówią, że rezygnacja z dialogów była artystyczną decyzją ograniczonej antropomorfizacji insektów. Natomiast Ferdek Kiepski (który gra jedną z biedronek w tym filmie) siedzi na kanapie, ogląda film, je ciasto które przyniósł mu wnuczek z lodówki i tak dalej. Poziom fakapu tej całej sytuacji jest po prostu niewiarygodny. Wydaje mi się że trzeba by poinformować Hélène i Thomasa jak bardzo polski dystrybutor wysrał się na ich film. Niewiarygodne po prostu.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to jest dobry film. Utrzymany w konwencji serialu, ten sam humor, ta sama technika (prawdziwe plenery + insekty w 3D), ta sama muzyka, wszystko pięknie. I na to Ferdek Kiepski. Po prostu ręce opadają.

Dwie szybkie uwagi na koniec:

1. Tutaj jest oficjalny polski trailer filmu

Nie ma w nim ani słowa na temat dubbingu, ani słowa na temat Ferdka Kiepskiego, jest dokładnie tak jak w serialu. Można by powiedzieć że akurat wybrali sceny w których nie było tej narracji, ale nie, ci dwaj pieprzą przez cały film non stop, w tych scenach również było gadane. Jak dla mnie to przykład celowo kłamliwej reklamy filmu, czuję się przez ten trailer oszukany.

2. Uwaga druga. Oto polskie dziennikarstwo filmowe:

robaczki_wyborcza

W tej wideorecenzji pan recenzent mówi o fenomenalnym Grabowskim (najwyraźniej jego rola jest najważniejsza we francuskim niemym filmie o insektach), a następnie informuje nas, że pomimo tego, iż jego znajomi mówili mu że istnieje serial Minuscule, dopatrzył się w internecie grupy polskich fanów serialu – on go nigdy nie widział… Po prostu brawo. Celowo nie linkuję ani do wideorecenzji ani do strony, bo nic wam dobrego z tego klikania nie przyjdzie.

Dwa słowa do polskiego dystrybutora: spierdoliliście to. Jak w piosence Młynarskiego, tylko jeszcze gorzej. Postanowiliście naprawić rzecz, która naprawy nie wymagała i spierdoliliście to koncertowo. Gratulacje.

Podsumowując: Jeżeli jesteście fanami Minuscule – broń boże nie idźcie na ten film do kina. On zabierze wam dobre kilka miesięcy z życia. Jeżeli nie wiecie czym jest Minuscule – najpierw obejrzyjcie serial na DVD lub BluRay a potem również nie idźcie na ten film do kina. Ja czekam na francuskie wydanie BluRay filmu. Naprawdę wolę przepłacić i kupić za granicą u źródła i jeszcze dopłacić za przesyłkę.

Film: 9/10
polski dubbing: 0/10

uwaga, to jeszcze nie koniec! Część druga tutaj.



Rewolucje w kosmosie, recenzja na Polterze


Sygnowana nazwiskiem Mateusza Skutnika seria Rewolucje to bez wątpienia jedna z najsolidniejszych, najpopularniejszych i najlepszych marek na polskim rynku komiksowym. W latach 2004-2006 nakładem wydawnictwa Egmont ukazały się cztery tomy:Parabola, Elipsa, Monochrom i Syntagma. W roku 2010 pod szyldem Mroja Press pojawił się album Dwa dni, a od 2011Rewolucje trafiają do czytelników dzięki wydawnictwu Timof Comics. Dwa poprzednie tomy – Na morzu i We mgle – Mateusz Skutnik namalował do scenariusza Jerzego Szyłaka, tom najnowszy – W kosmosie – w większości stworzył do własnego skryptu, poza rozdziałem trzecim, do którego scenariusz rozpisał Szymon Holcman.

Po drugiej stronie nieboskłonu
Historie z serii Rewolucje to opowieści osadzone w okresie technicznego przełomu oraz przewrotu światopoglądowego. To czas, kiedy niestrudzeni naukowcy badają nieodgadnione tajemnice wszechświata, wybitni wynalazcy poszukują sposobów na okiełznanie prawideł natury, a nieugięci podróżnicy przecierają drogi wiodące do niezbadanych części planety. Przewaga człowieka nad przyrodą wydaje się być bezdyskusyjna. Mimo że siły natury wcześniej często weryfikowały przekonanie o wyższości cudów techniki nad cudami świata, przyszedł również czas na odkrycie tego, co znajduje się po drugiej stronie nieboskłonu.
Najnowszy tom Rewolucji składa się z sześciu rozdziałów. Pierwszy opowiada o długotrwałych przygotowaniach i dziewiczym starcie w kosmos rakiety z kosmonautą na pokładzie. Drugi epizod to historia naukowca szukającego niezbędnych do swoich badań i pomiarów wskazówek pozostawionych na ścianach wiejskich kapliczek. Trzeci rozdział ogniskuje się wokół wymykającego się spod kontroli robota w kształcie kostki i jego nieszczęsnego konstruktora. Część czwarta to historia katastrofy morskiej, gdzie z tonącego statku z życiem uchodzi tylko dziecko i tajemniczy nieznajomy. Historyjka piąta to opowieść o popularnym i lubianym przez media uczonym, który po spodziewanym fiasku swojego eksperymentu naukowego podejmuje próbę samobójczą. Natomiast epizod szósty to wybuchowy finał wszystkich poprzedzających go opowiadań.

Sześć historii – jedna jakość
Każdy z tych różnorodnych rozdziałów z powodzeniem może funkcjonować jako niezależna całość. Zresztą trzy z nich były publikowane już wcześniej w takiej właśnie formie i opatrzone odrębnymi tytułami. I tak rozdział drugi pod tytułem Rewolucje ukazał się jako czarno-biały niemy komiks w przygotowanej przez słoweński magazyn Stripburger w listopadzie 2009 roku międzynarodowej antologii Greetings from Cartoonia – the Essential Guide of the Land of Comics, tom trzeci pod tytułem Robot opublikowany został jako czarno-biały komiks w kolejnej antologii magazynu z Lublany zatytułowanej Workburger w styczniu 2013 roku, zaś tom czwarty pod tytułem Sztorm wydrukowany został w czerni i bieli na kartach pierwszego numeru polskiego magazynu komiksowego Profanum w październiku 2012 roku.
Mimo że każdy z tych rozdziałów pozornie jest oderwaną historyjką, w każdym z nich znajdują się elementy wspólne, które pozwalają nie tylko połączyć poszczególne części w pełnowymiarową opowieść na różnych płaszczyznach, ale i pożenić je z elementami znanymi z wcześniejszych tomów Rewolucji. Wystarczy przypomnieć choćby myślicieli z ogromnymi świecącymi głowami, naukowców pracujących nad wystrzeleniem w kosmos rakiety czy będące obiektem pożądania wielu badaczy karty tajemniczego rękopisu, aby powiązać pewne istotne fakty. A tym podobnych drobiazgów, poszlak, rekwizytów czy nazwisk postaci pojawiających się na kartach komiksu W kosmosie jakby mimochodem, gdzieś w tle lub na marginesie, występuje znacznie więcej. Odszukanie każdego z nich i zespolenie fragmentarycznie prowadzonej narracji w spójną historię przynosi sporo satysfakcji z lektury.
W każdej części albumu w wyniku starań naukowców i działania ich wynalazków przenosimy się wraz z bohaterami w jednym czasie do odmiennych przestrzeni. Elementem wspólnym tych różnych wymiarów są intrygujące sześciany pokryte tajemniczymi inskrypcjami sporządzonymi w nieznanych językach. Czy fuzja kostek doprowadzi do scalenia czasoprzestrzeni? Czy może zintegrowanie brył spowoduje przemieszanie wielu wymiarów? A może do żadnej integracji nie może dojść ze względu na element niepasujący do całej tej skomplikowanej układanki? Enigmatyczne zakończenie ósmego tomu Rewolucji z jednej strony może nieco rozczarowywać i irytować, ale z drugiej strony może również zachęcać do ponownego zapoznania się z treścią komiksu, a tym samym multiplikować wielość odczytań. Pewnie każde z nich jest po części prawdziwe, bo tropów interpretacyjnych jest całkiem sporo. Sam wniosek, który można wysnuć z całej opowieści bynajmniej nie napawa optymizmem. Wręcz przeciwnie: zmusza do chwili przygnębiająco gorzkiej refleksji nad kondycją natury człowieka we współczesnym świecie i pogmatwanej celowości jego najważniejszych działań.

Groteskowy steampunk
Graficznie album przedstawia się wprost znakomicie. Oryginalny styl rysunków Mateusza Skutnika przejawiający się w cienkich uproszczonych kreskach czarnego tuszu oraz pastelowych odcieniach kolorów nałożonych za pomocą farb akwarelowych podkreśla oniryczność i groteskowość opowiadanych historii. Ponieważ trzy opowieści powstały kilka lat wcześniej, autor zdecydował się nanieść na nie modyfikacje mające na celu ujednolicenie ich formy graficznej z zupełnie nowym materiałem. O ile w historiach Robot i Sztorm zmiany miały charakter raczej kosmetyczny, o tyle rozdział drugi wymagał solidnej aktualizacji polegającej na przemalowaniu 20 stron z wersji ołówkowo-akwarelowej na wersję tuszowaną. Dodatkowo na uwagę zasługuje jakość wydania: niemal stu stronicowy album dużego formatu wydrukowany w pełnym kolorze na grubym kredowym papierze i oprawiony w sztywną okładkę wywołuje poczucie obcowania z pięknym przedmiotem, a wyraźnie widoczna na wydrukach tekstura grubego papieru akwarelowego sprawia wrażenie przeglądania oryginalnych plansz komiksu. Słowem: wizualna uczta.
Najmocniejszą stroną serii Rewolucje od samego początku były alternatywne historie powstawania wynalazków ludzkości dobrze znanych i powszechnie dziś wykorzystywanych lub dzieje urządzeń, które historia nauki zupełnie pominęła, oraz osadzenie wszystkich wydarzeń w rzeczywistości, która do złudzenia przypomina naszą codzienność, jednak po bliższym przyjrzeniu się stanowi rzeczywistość całkowicie odmienną. Dzięki temu komiksy Mateusza Skutnika spełniały założenia steampunka jako stylistycznego nurtu w fantastyce naukowej, a jednocześnie stanowiły rodzaj współczesnych baśni przepełnionych niepokojem, dozą ironii i przejawami okrucieństwa. Niewytłumaczalne zawirowania czasu i przestrzeni, niespotykane maszyny konstruowane w zacisznych gabinetach oraz ludzie dokonujący czynów wyprzedzających ich epokę o dziesiątki lat – tego wszystkiego nie brakuje również w albumie Rewolucje: W kosmosie. Zagorzali fani serii nie powinni być zatem zawiedzeni. Tym bardziej mogą już teraz wyczekiwać tomu dziewiątego Rewolucji zatytułowanego Pod śniegiem, który zapowiadany jest na tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi. Z kosmosu spadniemy razem ze śniegiem.

Mały Dan



Rewpocalypse 2013


Przygarnij kotka, mówili.
Będzie wspaniale, mówili.
Gdzie oni teraz są, muszę ich znaleźć i dać im w ryj.
Jakiś czas temu stwierdziłem że zrobię inwentaryzację swoich komiksów bo jakoś mi się nie zgadzała liczba egzemplarzy w sklepie z tym co było w kartonach. WIęc patrzę w ten jeden stosik, patrzę i nie wierzę – nalane. I to tak nie że ostatnio, tylko niedgysiej. Tak że zdążyło wyschnąć. Taki siur ninja, przyczajony, ukryty, zabunkrowany jak beczki z odpadami radioaktywnymi w lesie.
Ok, ja rozumiem, szczać po kątach kocia rzecz, przecież kuweta to tylko taki umowny termin, kuweta to stan umysłu a nie miejsce.
Ale.
Te komiksy były zafolijkowane. Elegancko. Więc jak bardzo trzeba być kocim chujkiem i zaszczać tak, żeby dostało się do środka paczki i zalało komiksy?

 

szczoch_01

(more…)


« Previous PageNext Page »