Tetrastych; recenzja Karola Konwerskiego


Każdy z nas zna dowcip, który jest niezmiernie zabawny że hahaha i hohoho, a nawet hyhyy tylko żeby do tego hhihihi doszło, trzeba opowiedzieć długą momentami nudnawą historię stanowiącą wstęp rozwinięcie i wprowadzenie do zakończenia i pointy, którą ów dowcip jest.

Coś jak to zdanie powyżej.

W połowie tych 222 znaków (bez spacji) połowa z potencjalnych czytelników ziewnęła,  druga połowa przestała czytać, trzecia połowa szuka wzrokiem ilustracji a czwarta…

Dobra dość.

Sam zasypiam pisząc to i być może z tego samego powodu wydawca ( a być może i sam autor nie pomyślał) nowego albumu Mateusza Skutnika zrezygnował z jakiegokolwiek wprowadzenia do tej publikacji.

Problem w tym, że bez wstępu i tego wprowadzenia zbiór tych pasków komiksowych, będzie kolejnym zbiorem pasków komiksowych.

Mało tego, to dziwny zestaw „czterokadrowców”, w którego skład weszło zbyt wiele komiksów mało udanych, nietrafionych lub zwyczajnie bo ludzku ani nie zabawnych, ani nie melancholijnie lirycznych (jak to u Skutnika), tylko po prostu nijakich. Oczywiście album powinien się bronić sam, ale w tym konkretnym przypadku bez znajomości przyczyn jego powstania czytelnik sporo traci.

Zatem słowem wstępu którego trudno szukać w albumie, na okładce lub gdziekolwiek indziej. “Tetrastych” to zbiór czterokadrowych komiksów, które powstały w ciągu 52 tygodni w ramach konkursu na pasek forum gidii komiksu.

Co tydzień nowa edycja konkursu i co tydzień nowy temat, bo co najistotniejsze w tym całym przedsięwzięciu to właśnie to: co tydzień nowy temat, co tydzień nowy pasek i tak 52 razy.

Bardziej niż same komiksy istotniejszy jest dla mnie ten kontekst.  Bo jakie komiksy powstają lub powstawać będą rękoma polskich autorów mniej więcej wiem, dlatego bardziej interesuje mnie to jak oni pracują, jak tworzą swoje obrazkowe historie. „Tetrastych” jest takim szkicownikiem jak szkicowniki wydawnictwa ATY, zapisem pracy autora. Nie tylko tego jak rysuje, opowiada ale tego jak myśli i na ile jest w tym swoim myśleniu twórczy ,w  końcu to 52 tygodnie i co tydzień nowy wymyślony przez kogoś temat

A same paski?

Są różne. Opowiadanie pasków to trochę tak jak tłumaczenie komuś nie tyle dowcipu co tego jak ktoś jakiś dowcip opowiada więc darujcie nie opowiem, a pokaże.

W ciągu tych 52 tygodni Skutnik potrafi być dowcipny melancholijny czy ironiczny jak tu:

tetra_słonie

A jednocześnie potrafi być na siłę dowcipny, lub co gorsza nijaki, a częściej zaplątany we własną historie, która próbuje opowiedzieć. Plącze się i kombinuje by w efekcie wystrzelić laserem nietrafionej pointy w próżnie kosmosu gdzie jak wiadomo zapada grobowa cisza…

Jak tutaj:

tetra_islam

Długo się zastanawiałem o co tutaj chodzi i przyznam, że bez pomocy nie domyśliłbym się że to nawiązanie do psów Pawłowa… Zamiast trafnej i dowcipnej pointy muszę znaleźć tłumaczenie do dowcipu ksiądz, arab, rusek i jego pies idą przez pustynię…

To, że Skutnik nie potrafi rysować wiemy od 2004 roku, ręce nie te twarze nie te świat w jego komiksach jest jakiś taki krzywy i szkicowy. Z roku na rok z albumu na album  jest w tym nie potrafieniu coraz lepszy.

Bo to jak coś rysuje jest podporządkowane temu Co rysuje.  „Tetrastych” to 52 przykłady na to jak fenomenalnie opanował on narracje obrazem, nie tylko na prostym poziomie „ to jest historia, opowiedz ją  4 kadrami” ale dalej i szerzej.

Skutnika historyjki nie zmykają się w tych 4 kadrach one skądś wychodzą i gdzieś biegną dalej. Czytając je znika nam granica ramki, kadru, strony. Ptaki na drzewie gadają ze sobą dalej lub odlatują na zimę, babcie zagłosowały, a teraz piją razem gdzieś herbatę. To wszystko jest jakimś ciągiem fabuł z których autor wyrwał jedynie czterokadrowy fragment.

Na koniec drobna rada/podpowiedź gdy będziecie czytać ten album zerknijcie czasem do internetu i sprawdźcie jak inni autorzy radzili sobie z narzuconymi tematami jak ten mój ulubiony: „Dwa koła, trzy trójkąty i piętnaście kwadratów”.

tetra_kdawdraty

Karol Konwerski



Tetrastych; recenzja na Ziniolu


52 komiksy w 52 tygodnie – jak sobie założył, tak zrobił. Mateusz Skutnik dla potrzeb “Tetrastychu” wybrał formę czterokadru planszowego. I na każdym z tych czterokadrów przedstawił jakąś historyjkę, zazwyczaj będąc (lub starając się być) zabawnym bądź nostalgicznym.
Na stronie 11 albumu znalazło się miejsce dla kawałka pod tytułem “Święty”. Oto typowy martyr robi coś “w imieniu Pana”. Efekt jego działania powoduje charakterystyczny “plask” w czoło skonfudowanego Boga, spoglądającego na sytuację z perspektywy niebios. Tego rodzaju “plask” często towarzyszy lekturze “Tertastychu”. Skutnik w części historyjek wywołuje jeśli nie zażenowanie, to co najwyżej wzruszenie ramion. Z miałkim dowcipem zbyt często ramię w ramię idzie równie mizerny rysunek – tu jakieś nieudane próby cartoonowe, tam jakieś prześwity z “Muminków”, jeszcze gdzie indziej chyba jeden z najgorszych wytrzeszczy oczu, jakie kiedykolwiek zobaczycie… są w “Tetrastychu” plansze, które pokazuję kiepską formę Skutnika. Ale są również takie, które ukazują jego bezapelacyjny geniusz.
Absolutnym mistrzostwem świata, z czterokadru wyciskającym dosłownie wszystko, skomponowanym w sposób nakazujący paść na kolana przed autorem, są takie kawałki, jak “Trzy kwadraty”, “Żule”, “Książka”, “Sen” i “Luneta”. Poza nimi – kilkanaście innych, a wśród nich rozbrajające “Honor” i “Ptaki”, graficznie nawiązujące do “starego Skutnika” “Dzieci”, piękna “Gra cieni”, fenomenalna “Głębia”, dosłowna “Farba” i równie zabawna “Jesień”. Skutnik nie utrzymał wysokiej formy, ale w zaprezentowanych pracach zrobił rozstrzał totalny – od kompletnego badziewia po dzieło absolutnie genialne w każdej swojej kresce.
Kupuję ten rozstrzał. “Rewolucje” to serial wciąż zwyżkujący, ukazujący się raz do roku, będący dla Skutnika platformą do tworzenia światów i budowania przestrzeni. Ukazujące się z doskoku albumy prezentujące pozarewolucyjny dorobek autora, to już bądź dzieła zebrane (“Komiksy znalezione na strychu”), bądź poddane pewnemu rygorowi, narzuconemu przez twórcę (“Tetrastych”). Poziom tych “albumów z doskoku” jest przeróżny, podobnie jak poziom zaprezentowanych tam historii. Jest i dobrze i źle, przy czym zapewne to dobro i zło dla każdego będzie inne.
“Tetrastych” opublikowało Wydawnictwo Komiksowe, ale zachowana została “skutnikowa” oprawa albumu, znana z wcześniejszych wydań – komiks wydrukowano w formacie A4, a na ostatniej stronie okładki zamieszczono okładki wszystkich dotychczas wydanych albumów Mateusza Skutnika. Jedyną różnicą jest lakier na okładce. Wydawnictwu Komiksowemu należą się wielkie brawa za podtrzymanie tej stylistyki.
“Tetrastych” jest nierówny, ale jestem przekonany, że każdy czytelnik odnajdzie w tym albumie choć jedną planszę, która zwali go z nóg. Ja znalazłem 21.

Dominik Szcześniak



Rewolucje na Morzu – recenzja w Booklips


Rejs z mewą w tle.

Ocena: 9 / 10

Szukasz zajęcia dla swojego bohatera? Poślij go w morze. Choćby siedział samotnie w łodzi niczym Hemingwayowski Santiago, temat sam się niechybnie narzuci. Jak nie ryba wychynie za burtą, to na balustradzie przycupnie jakiś ptak. Podobna myśl zaświtała w głowach Mateusza Skutnika i Jerzego Szyłaka, którzy w szóstym tomie „Rewolucji” postanowili zabrać nas w komiksowy rejs. Nie posiadacie państwo biletów? No. To wchodzimy.

Na pokładzie odpływającego parowca razem z nami znalazła się reprezentacja niemal całej przedwojennej socjety. Mamy więc wątłą milady w towarzystwie opiekuńczego małżonka, słynną trupę teatralną w przykuwających uwagę makijażach, zapalonego kinematografistę, pogrążonego w zawiłych obliczeniach naukowca, rodzinkę na wywczasie z nadpobudliwym synkiem Antonim. Jest wprawdzie i groźny przestępca, który za pomocą samorobnej maszynerii mordował ludzi na odległość, ale kto by tam się nim przejmował, oprócz czytelnika, skoro siedzi zakuty w kajdany w pilnie strzeżonej kajucie głęboko pod pokładem.

Te jakże sielankowe okoliczności przyrody musiała zmącić jakaś skaza, a przybrała ona postać mewy. Najpierw jednej, potem dwóch i więcej, bo skrzydlatych gapowiczów zwykle na statkach co niemiara.

Mając na uwadze, że ewentualna krytyka mogła się pojawić, autorzy musieli zrobić tak, żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie. Sztandarowa seria Mateusza Skutnika przeszła więc w tym tomie swoistą metamorfozę. Podjęcie współpracy z Jerzym Szyłakiem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Gdańskiego, z zamiłowania zaś scenarzystą komiksowym oscylującym pomiędzy brutalizmem a pornografią, zaowocowała odsunięciem na dalszy plan inspirowanej steampunkiem myśli technologicznej znanej z poprzednich tomów na rzecz bardziej uniwersalnego, klasycznie poprowadzonego dreszczowca. Świadom obranej konwencji przy pisaniu scenariusza autor przytępił nieco swe Szyłakowe ostrze – zrezygnował zupełnie z nagości, przemoc z kolei zaserwował z maestrią godną współczesnego Hitchcocka. „Rewolucje na morzu” to idealny wzorzec dla młodocianych autorów próbujących zgłębić trudną sztukę scenopisarstwa, komiksowego bądź filmowego. Dialogi ograniczone do niezbędnego minimum, umiejętnie zaznaczone motywy mające wzbudzić niepokój, narastający nastrój napięcia – długo można by wymieniać zastosowane chwyty, wyuczone na klasycznych przerażaczach zachodniej kinematografii.

Jest oczywiście też Skutnik, wybitnie uzdolniony artysta komiksowy, pomysłodawca serii. Gdyby urodził się dwadzieścia kilka lat wcześniej, stawiany byłby na równi z Tadeuszem Baranowskim, Januszem Christą, Grzegorzem Rosińskim czy Zbigniewem Kasprzakiem. Kto wie, może razem z tą ostatnią dwójką podbijałby dzisiaj frankofoński rynek? Jednakże kreska Skutnika pozbawiona jest mainstreamowych naleciałości swoich słynnych poprzedników. Bliżej mu do artystycznych wizji Joanna Sfara czy Nicolasa de Crécyego, chociaż wypracował absolutnie własną, odrębną stylistykę. „Rewolucje na morzu” to w zupełności „analogowe”, wykonane akwarelami dzieło. Nawet charakterystyczna faktura papieru, na którym powstawały rysunki, pełni tu doskonale swoją rolę – potęguje wrażenie przebywania na morzu, jakbyśmy czytali w rytmie powolnie kołyszących się przed oczami fal.

Osób niezorientowanych w komiksowych „Rewolucjach” niechaj nie zniechęci szóstka wymalowana na grzbiecie tomu. Od numeru piątego każdy z albumów opowiada osobną historię. Ta rozgrywająca się na morzu winna pojawić się na półce każdego, kto interesuje się szeroko pojętą kulturą. Choćby żaden inny polski komiks nie miał się tam nigdy więcej znaleźć.

Artur Maszota



Rewolucje we Mgle; recenzja na alei komiksu


“We mgle” to siódmy tom cyklu “Rewolucje” Mateusza Skutnika. Scenariusz tego, podobnie jak i poprzedniego tomu zatytułowanego “Na morzu”, Skutnik stworzył wraz z Jerzym Szyłakiem. Obydwa różnią się nieco od poprzednich części cyklu.

Komiks ma charakter kryminalnej zagadki z elementami fantastyki. Blisko mu do klimatu grozy. Tytułowa mgła, która spowija miasto, kryje w sobie tajemnicę, nadaje onirycznego charakteru całości. Skutnik zgrabnie prowadzi dwie, pozornie ze sobą nie związane historie.

Pierwsza opowieść dotyczy serii zbrodni popełnianych w mieście, do którego właśnie zawitał wspaniały cyrk braci Fellini. Bohaterów dramatycznych zdarzeń poznajemy po kolei. W pierwszej scenie widzimy Pana Radcę i Pana Sekretarza, z którego ust padają słowa „Cyrk! Nie lubię cyrku… to rozrywka dla głupców, prostaków, kobiet i dzieci…”. Obaj są na stanowiskach i nie dla nich takie proste rozrywki. Ponownie obserwujemy obu panów, kiedy w uniesieniu przeżywają cyrkowe widowisko, z zapartym tchem śledzą popisy woltyżerek, płaczą ze śmiechu ze slapstickowych żartów klaunów, klaszczą najgłośniej podczas tresury słoni. Smutna i prawdziwa jest ta mini satyra społeczeństwa, jaką raczą nas twórcy komiksu, wytykając nam takie cechy jak pozoranctwo i zakłamanie.

Największą atrakcją cyrku jest wielki hipnotyzer, doktor Mykolas Edmondantes. Za pomocą gigantycznego wahadła hipnotyzuje wszystkich obecnych na przedstawieniu. Kiedy spektakl dobiega końca, wszyscy są zachwyceni i szczęśliwi. Jednak w mieście zaczyna się dziać coś niepokojącego. Wraz z cyrkiem przybyła do miasta śmierć, ludzie po kolei giną w niewyjaśnionych okolicznościach, znikają bez śladu. Jesteśmy świadkami makabrycznych zbrodni i bezradności śledczych. A przedstawienie dalej trwa.

Na dolnym pasku toczy się zgoła inna historia, jest to opowieść o miłości, miłości nieszczęśliwej, którą jak wszystko inne pochłania mgła. Skutnik bawi się formą i kiedy historia ma się ku końcowi, pasek staje się coraz węższy i węższy aż w końcu znika, by fabularnie spleść się z główną historią.

Urzekła mnie widoczna w ostatnich dwóch tomach faktura papieru, na którym zostały namalowane plansze komiksu. Ziarnista, karbowana powierzchnia papieru podkreśla klimat malunków, nadaje im charakteru, dobrze komponuje się z mgłą…

Komiks Skutnika jest świetnie skomponowany, pięknie namalowany, z doskonałymi światłocieniami. Kolorystyka utrzymana jest w palecie jesiennych barw: czerwieni, żółci, brązów i czerni. Wszystko osnute mleczną, jesienną mgłą. Jedynie epilog odstaje od całej opowieści, jest dla niej kontrapunktem, który przenosi czytelnika w zupełnie inny świat.

“We mgle” jest całością przemyślaną i narysowaną z dużą dokładnością i dbałością o detale. Fabuła trzyma klimat niepewności i grozy do ostatniej kreski. Autorzy nie odmówili sobie również małej gry z popkulturą. Historia zawiera kilka zgrabnych nawiązań; na przykład cyrk braci Fellinich kojarzy się z nazwiskiem znanego reżysera Federico Felliniego, który słynny jest ze swego onirycznego, barokowego stylu. Znana jest również historia jakoby Fellini jako mały chłopiec, uciekł wraz z wędrownym cyrkiem, który zrobił na nim ogromne wrażenie. Inspiracje sztuką cyrkową są widoczne w twórczości tego artysty.

Kolejnym ukłonem w stronę czytelnika jest sam wielki hipnotyzer Edmondantes, którego nazwisko nawiązuje do słynnej postaci Edmonda Dantèsa, znanego również jako hrabia Monte Christo z powieści Aleksandra Dumasa. Również losy Edmonda Dantèsa i Edmondantesa są podobne i skłaniają do szerszego spojrzenia na sam komiks.

“Rewolucje. We mgle” to doskonały komiks pod każdym względem. Przemyślany, zgrabnie narysowany. Komiks, który wchodzi w dialog z czytelnikiem. Wciąga go w swój świat, zmusza do zatrzymania się nad nim chwilę dłużej, skłania do refleksji i zaprasza do gry ze zbrodnią, z kulturą, ze Skutnikiem i Szyłakiem… we mgle.

Ocena: 10/10

Matylda Sęk



Komiksy znalezione na strychu, recenzja na alei komiksu


Zinowe wprawki w twardej oprawie 

Paweł Timofiejuk przeszukiwał kiedyś szuflady przeróżnych polskich komiksiarzy, a następnie, publikując ich prace w formie skromnie wyglądających zeszycików, ocalał od zapomnienia wiele nazwisk i historii. Podobno szuflady zostały już opróżnione jakiś czas temu, a zatem nie dziwi, że wydawca, który zawsze odważnie (czytaj: czasami karkołomnie) podchodził do rzucania komiksów do sprzedaży, postanowił zajrzeć na strychy. Na pierwszym z nich znalazły się komiksy Mateusza Skutnika.

Wiele ryz papieru temu

Album zatytułowany Komiksy znalezione na strychu (tak mógłby brzmieć tytuł serii prezentującej podobne perełki) to zbiór prac Mateusza Skutnika. Autor przyznaje, że o połowie z nich już nie pamiętał i że album zbiera te z jego pierwszych dokonań, które można bez wstydu pokazać. Przemawia przez niego fałszywa skromność, bo choć album nie jest równy (nie mógłby być), to prezentuje sporo porządnych “szorciaków” związanych z ukazującą się od marca 1997 do września 1998 Vormkfasą (ale nie tylko, bo i z Ziniem, np. Komiks zamoyski, przypomniany w zeszłym roku przez Ważkę w The very best OFF The Ziniols: Greatests Hits vol.1 1998-2005). Obok bezbłędnych Nart, Historii opartej na, co prawda makabrycznych, ale faktach, Dziadka chodzącego o kuli, Pafnutza czy Po co pije się alkohol, są i słabo lub nieczytelnie spuentowane, tudzież stanowiące głupi żart Kkkomikkks, Żona mnie zdradza (…), Saga albo Komiks ciężko branżowy.

Nie należy tej publikacji traktować jako antologii, lecz jako komiks dokumentalny, który pozwoli wielu czytelnikom zobaczyć, co i jak autor robił przed swoimi najbardziej rozpoznawalnymi seriami, czyliRewolucjami i Blakim. To na tych stronach odkrywamy zalążki pomysłów na Morfołaki (zarówno graficzne jak i scenariuszowe), demonicznego Blakiego (pod postacią Pafnutza) oraz całą masę rozwiązań rysunkowych i narracyjnych, które charakteryzują późniejsze dokonania Skutnika.

Work in Progress

Mateusz Skutnik obecny jest na rynku komiksowym i potrzebny mu w tak dużym stopniu, że ciężko wyobrazić sobie rok bez jego komiksu. Warto zerknąć, po nasyceniu oczu przepiękną oprawą Komiksów znalezionych na Strychu, na ostatnią stronę okładki, gdzie ujrzycie front szesnastu albumów narysowanych i wydanych przez Mateusza Skutnika. A brakuje na niej zaprezentowanego tuż przed 23. MFKiG siódmego tomu serii Rewolucje. Jeden Skutnik rocznie by wystarczył, ale skoro mamy okazję na dwóch, to dlaczego nie?

Album został wydany w eleganckiej twardej okładce, ale na papierze, który odsyła do zinowego kontekstu publikowanych historii. Ta estetyka z jednej strony nobilituje (okładka), a z drugiej odnosi czytelnika do źródła.

Autor sprawiedliwie pisze o tej publikacji tak: “Fin de Millennium, złoty okres komiksowej prasy kserowanej, formalnych eksperymentów i poszukiwania stylu, tego jednego, jedynego, rozpoznawalnego, który pozwoliłby czytelnikowi na pierwszy rzut oka powiedzieć – to narysował Skutnik”. Wszystko się zgadza. Zgadza się również stwierdzenie autora, że część z tych historyjek broni się do teraz. Ma też rację w tym względzie Przemysław Zawrotny, który w tekście zamieszczonym w Zeszytach Komiksowych #14 stwierdził, że zastrzeżenia co do poziomu poszczególnych historyjek mogą wynikać z oddzielenia starych komiksów od pierwotnego środowiska ich publikacji, związanego ze wspomnianą już Vormkfasą.

Strychy, szuflady, piwnice i szafy

Bardzo dawno temu na łamach Alei Komiks pisałem, że nazwisko Mateusz Skutnik jest znakiem gwarancji jakości. I nadal nim pozostaje, choć Komiksy znalezione na strychu będą zaledwie sympatycznym trofeum w kolekcji każdego fana. Uczyni ono zadość wiedzy na temat twórczości autora, a w mniejszym stopniu zaspokoi jego estetyczne i treściowe oczekiwania, jakie zostały rozbudzone choćby klasowymi Rewolucjami.

Kuba Jankowski



Rewolucje 7; recenzja w ziniolu


Kiedy na drugim kadrze piątej strony albumu Rewolucje we mgle w oczach dwóch postaci rysuje się zdziwienie spowodowane wyłaniającym się z mgły słoniem, można zacząć zadawać sobie pytanie: czy to jeszcze Skutnik, czy już może Moebius? Gdański twórca komiksów przeskoczył poprzeczkę ustawioną sobie poprzednim, również fenomenalnym pod względem graficznym tomem i nie wypada już o nim pisać inaczej, niż światowa ekstraklasa.

Repertuar komplementów, jakimi można obdarzyć Skutnika, powoli się wyczerpuje. Jest jednak jeszcze jeden, którego chyba nikt nigdy wobec tego twórcy nie użył – umiejętność rysowania “pleców konia”. Rewolucje we mgle istotnym miejscem akcji czynią cyrk, stąd dość duża ilość zwierząt na rysunkach. Słonie, tygrys, koń – w ujęciu Skutnika prezentują się znakomicie. Wspominałem już o światowej ekstraklasie? Karierze na zachodzie?

Poza owymi zaskoczeniami, jest w najnowszych Rewolucjach pewien constans, różniący się od pozostałych tomów jedną istotną cechą – jest dopracowany do perfekcji. Chodzi o kompozycję albumu, mistrzowskie wykorzystanie języka komiksu oraz – dosłownie i w przenośni – ukazanie jego MAGII. Skutnik od zawsze w swoich historiach pozostawiał wiele niedopowiedzeń i furtek, których otwarcie należało do czytelnika. Być może właśnie przez tę magiczną mgłę, w omawianym tomie mamy ich najwięcej. Jerzy Szyłak, z którym Skutnik po raz kolejny połączył siły tworząc tym razem duet KOMPLETNY, zadbał o odpowiednie granie na czytelniczym nosie, wyprowadzając mnie co najmniej raz w pole. Ten album, mimo swej dość prostej fabuły jest nieprzewidywalny. I tu również tkwi jego niesamowita moc.

Tak, jak początkowe tomy serii opowiadały o wynalazcach i ich dziełach, tak i we mgle mamy podobny motyw. Tym razem stanowi on jedynie pretekst do zawiązania akcji, po czym zwalnia pole wspomnianej magii. Technika poszła w las. Seria pod władaniem dwóch Panów na “S” zmieniła się w taką, którą się czuje. I w którą się wpatruje, by poczuć więcej. A po tym wpatrywaniu wraca się do początku opowieści albo do dowolnie wybranej strony i czuje się znowu.

Rewolucje we mgle mają w sobie coś z horroru, albo przynajmniej trzymającego w napięciu thrillera. Do miasta przyjeżdża cyrk, którego główną atrakcją jest światowej sławy hipnotyzer Edmondantes. Kuglarze wkraczają na ulice w momencie, gdy te zalane są gęstą mgłą. Po pierwszym przedstawieniu coś się dzieje i zaczynają ginąć ludzie. Mgła ożywa? Magik robi nas w konia? Autorzy bawią się pomiędzy rzeczywistością a ułudą?

Odpowiedzi na powyższe pytania z mojej strony jest kilka i zobrazowane są przez następujące reakcje: “co się dzieje?!” (na styku stron 20 i 21), “o co chodzi?” (strona 25), “wow!” (przejście ze strony 46 do 47) “klap!”* (zanikający pasek na dole plansz i jego kulminacja).

Panie i Panowie, Rewolucje we mgle to komiks wybitny, który Was zaskoczy, wciągnie i nie jeden raz przyciągnie do siebie. Perełka światowej klasy i najlepszy komiks jaki czytałem od lat. A czytałem wiele znakomitych.

Panowie autorzy, jeśli czytacie te słowa – jesteście mistrzami.

* – odgłos opadającej szczęki.

Dominik Szcześniak



Rewolucje 7; recenzja na independent


Rewolucje. Z morza we mgłę.

Rysowanie zaczął 15 czerwca. Dokładnie 30 lipca Mateusz Skutnik ukończył ostatnią planszę. Planszę z numerem 46. Stało się to po 46 dniach malowania. Efekt? Siódmy tom cyklu „Rewolucje” – przechodzi najśmielsze oczekiwania.

Skutnik chyba jeszcze nigdy nie malował aż tak pięknie. Do tej pory kreując „Rewolucje” ograniczał się swoimi scenariuszami. Gdy jednak do pisania kolejnych tomów zaprosił Jerzego Szyłaka, nie miał już wymówki, że czegoś nie narysuje. Ten „wyciska z rysownika siódme poty, zaludniając plansze miejscami, zdarzeniami i postaciami, o których narysowaniu nawet mi się nie śniło w tamtych czasach. Sprawa jest prosta – rysownik który sam wymyśla sobie scenariusze sam siebie wciska w przytulny kokon swoich umiejętności, rysuje tylko to, co umie i co mu relatywnie łatwo wychodzi. Jerzy Szyłak zagląda do tego kokonu i mówi – ej, panie, wyłaź pan – narysuj mi to. I to. I to…” Już tom „Na morzu” – szósty z cyklu – wyróżniał się od poprzednich rozmachem, z jakim został zakomponowany – w efekcie hitchcockowski scenariusz rozrósł się na blisko 90 stron. „Rewolucje: We mgle” to kolejny, ogromny krok do przodu. Wprawdzie nieco skromniejszy jeśli chodzi o liczbę plansz, ale za to znacznie „gęstszy”. Patrząc na gotowy album naprawdę nie chce mi się wierzyć, że wystarczyło mu zaledwie 46 dni do jego ukończenia. Panie Mateuszu! Szacunek!

Autorzy mówią. że nowy tom „Rewolucji” powstał podczas podróży pociągiem w… 2004 roku – Skutnik przyznaje, że jednak dopiero teraz „poczuł się na tyle silny w łapie, żeby zaatakować ten scenariusz.” Rzucane, luźne pomysły Szyłak zmontował w jedną całość. Cholernie spójną, gdzie wizja budowania w centrum miasta pasaży handlowych – takich z wielkimi, oświetlonymi witrynami wystawowymi – szybko przeradza się w inną wizję, wykreowaną przez hipnotyzera z Litwy, niejakiego doktora Edmondantesa. Dobrze przeczytaliście. Siódma rewolucja jest rewolucją w umysłach, która dokonuje się z chwilą pojawienia się nad miastem złowieszczej mgły, z której wyłaniają się słonie, zwiastujące nadejście cyrku braci Fellini (a taki żart). I choć sekretarz w jednym z kadrów mówi: „Cyrk! Nie lubię cyrku… To rozrywka dla głupców, prostaków, kobiet i dzieci”, to wraz z wizjonerem od pasaży – radcą – dają się w tą zabawę wkręcić. Hipnotyzer oczywiście okazuje się być kimś innym, niż się podaje, a rozwiązanie zagadki przynosi pewna stara fotografia. Niestety, na powstrzymanie szaleńca jest już zbyt późno. Ktoś ginie pożarty przez tygrysa, ktoś natyka się na płynący przez ulice statek, jeszcze ktoś inny wpada pod pociąg, choć przez miasteczko nie prowadzi linia kolejowa…

Połączenie literackiego talentu Jerzego Szyłaka z malarskim Mateusza Skutnika stworzyło jedne z najlepszych duetów komiksowych w naszym kraju. Widać, że Szyłak wczuł się w świat wymyślony przez Skutnika. Ten z kolei – zawierzając scenarzyście, gdy oddawał mu swoje dziecko – nie spodziewał się chyba, że da „Rewolucjom” nowe życie, czego dowodem kolejne tomy tworzone po kilkuletniej przerwie.

„Rewolucje: We mgle” są drugim tegorocznym, albumem Mateusza Skutnika. Poprzedni – „Komiksy znalezione na strychu” – był zbiorkiem jego starych szortów. Teraz dostajemy już materiał zupełnie premierowy. Ale Skutnik i w jednej, i w drugiej odsłownie „smakuje” znakomicie. Oby jeszcze tylko chciało mu się tworzyć częściej. Skoro na album potrzebuje tylko 46 dni…

Mamoń.



Rewolucje 7; recenzja na komiksomanii


“Rewolucje” to jedna z najlepszych marek polskiego komiksu. Utrzymana w steampunkowej stylistyce seria Mateusza Skutnika od 2004 roku zaskakuje i urzeka. To inteligentna, świetnie narysowana opowieść o świecie, który mógłby być. Niestety “We mgle” to najsłabsza z dotychczasowych części. Wciągająca i sprawnie poprowadzona, ale jednocześnie pusta i rozczarowująca.

Do spowitego złowieszczą mgłą miasta przybywa cyrk. Jego największą gwiazdą jest hipnotyzer – tajemniczy jegomość, obiecujący, że rzuci czar na wszystkich mieszkańców. Jednak wkrótce po jego występie w przedziwnych okolicznościach zaczynają umierać prominentni obywatele. Pierwszego na środku ulicy zagryza tygrys, kolejnego w szczerym polu rozjeżdża pociąg. Czy ma to coś wspólnego z hipnozą, czy to raczej sprawka mgły?

“We mgle” to drugi tom “Rewolucji” stworzony we współpracy ze scenarzystą Jerzym Szyłakiem. W poprzednim, “Na morzu”, Skutnik i Szyłak bawili się schematami opowieści grozy, opowiadali na nowo historię Titanica, spuszczając na niego krwiożercze ptaki wprost z filmów Alfreda Hitchcocka. Tym razem sięgnęli po kryminał z wątkami fantastycznymi – najbardziej nurtującą zagadką albumu nie jest jednak pytanie “kto zabija?”, ale “jak to robi?”. I “co wspólnego ma z tym mgła, o której wciąż wszyscy przypominają?”.

Sęk w tym, że autorzy pogrywają z czytelnikiem. Zwodzą go, obiecują łamigłówkę, przygotowują scenę pod wielkie rozwiązanie, a następnie, pozostawiają z pustymi rękoma. Szyłak umiejętnie pompuje balon oczekiwań. Jednak w finale, miast przebić go z hukiem, spuszcza powietrze. Puentą jest tu brak puenty, rozczarowanie czytelnika jest zamierzone. Pozostawiony sam sobie, może próbować nadać temu głębszy sens, ale mnie się ta sztuka nie udała.

I na tym polega największy problem “We mgle”. Rozczarowane, nawet jeżeli wywołane celowo, wciąż ma gorzki posmak. A to wszystko, co udaje się Skutnikowi i Szyłakowi uzyskać. Ich opowieść jest więc zwarta, sensowna i angażująca, ale pozostawia po sobie niedosyt. Nawet, jeżeli autorzy osiągają zamierzony cel, to jest to cel niewart świeczki. Po lekturze odbiorca pozostaje obojętny, nieporuszony. Wszak, chodziło tylko o to, by z niego zakpić. Dlatego “We mgle” jawi mi się jako pusta błyskotka, popis warsztatowej sprawności, za którą nie stoi nic więcej.

Żadnych zastrzeżeń nie można mieć za to do pracy Skutnika. W trakcie tworzenia albumu rysownik chwalił się w mediach społecznościowych, że to najlepsze plansze, jakie kiedykolwiek narysował. I trzeba przyznać mu rację. Każdy kadr jest tu niezwykle dopracowany, świetnie dobrana kolorystyka umiejętnie buduje atmosferę, szczegóły nadają światu przedstawionemu wyjątkowości. Zakończenie natomiast, w którym cytowany jest amerykański malarz Grant Wood, to prawdziwy popis, dowód na to, że Skutnik jest dziś chyba najbardziej utalentowanym polskim artystą komiksowym.

Tym bardziej szkoda, że cała ta para poszła w gwizdek.

Tomasz Pstrągowski



Strych, recenzja na Independent


Warto poszperać po strychach. Nigdy nie wiadomo co się na nich znajdzie. Mateusz Skutnik na przykład znalazł… swoje stare, niepublikowane dotąd szerzej, komiksy. Strych. Miejsce magiczne, gdzie wynosi się z mieszkania te wszystkie niepotrzebne już rzeczy. Stare sprzęty, meble, szpargały, papiery. Mateusz Skutnik jakiś czas temu wyniósł tam część swoich starych prac. Teraz wydobył je znów na światło dzienne i złożył w album „Komiksy znalezione na strychu”. Album niezwykły, pokazujący jak tak naprawdę powstawał niepowtarzalny, „skutnikowy” styl. Ten, który możemy podziwiać oglądając kolejne tomy serii „Rewolucje”, zaglądając do wcześniejszego albumu (tak naprawdę to grubielaźna księga) z nowelkami tworzącymi cykl „Morfołaki” czy kilku zbiorków z przygodami pana „Blakiego”. To składak z krótkich szortów, jakie autor tworzył pod koniec lat 90. i na początku kolejnej dekady. Próbował szukać swojego stylu. Chociaż… Patrząc na te prace po latach można powiedzieć, że miał ten styl właściwie od samego początku!

Oczywiście autor tkwił wówczas jeszcze głęboko w undergroundzie. Rysował szybko, drapieżnie. Nie dopieszczał kadrów, ale cieszył się z samego faktu tworzenia. Czasami wyklejał plansze, bawił się w kolaże. Nie przebierał w scenariuszach. Czasami pisało je życie – jak w szorcie o płaskim (przejechanym na przejściu dla pieszych) kocie, którego obserwował w drodze na uczelnię albo tramwajowej opowieści o stoczniowcach. Czasami prozaiczne, życiowe sytuacje stawały się zalążkiem do opowiedzenia bardziej odjechanej historii. Ulica stawała się niespodziewanie miejsce do nurkowania, przystanek autobusowy lustrem, przez które można przejść na drugą stronę. Podobnie jak i przedział kolejowy… Czasami Skutnik wchodził też w buty science-fiction albo fantasy. Stąd kosmiczna nowelka „Plaża” z Nowym Jorkiem w tle (baaardzo mocno w tle), stąd też plansza „Wiedźmina” (!) jaką wydrukowało pierwotnie pismo „KKK”. Czasami inspirował się innymi – jak w cyklu „Little Nemo”…

„Komiksy znalezione na strychu” to tak naprawdę powrót do „skutnikowych” początków. Do końca lat 90. kiedy to wraz z kumplami z gdańskiej architektury tworzył zina „Vormkfasa Komiksowa” oraz rozsyłał swoje prace do ukazujących się wówczas magazynów komiksowych. Przeglądając „strychowy” zbiorek widać, że były one zapowiedzią tego, co miał pokazać kilka lat później. W nowelkach „Aparat” oraz „Narty” można doszukiwać się początków „Rewolucji”. „Stryfelek” oraz „Kkkomikkks” to niejako przymiarki do „Alicji” stworzonej wspólnie z Jerzym Szyłakiem. „Pafnutz” wygląda jak przodek Blakiego. Te wszystkie potwory, pokraki i poczwary z krótkich komiksów zaś równie dobrze mogłyby przewijać się przez plansze „Morfołaków”. Zresztą to do „Morfołaków” Skutnik przemycił najwięcej ze swoich wczesnych prac – przemycił i gęste kreskowanie, i charakterystyczne koliste drzewa, i złowieszcze cienie.

W „Komiksach znalezionych na strychu” brakuje mi tylko jednego. Choćby krótkiej rozmowy z Mateuszem Skutnikiem, w której opowiedziałby o swoich początkach. O czasach, gdy tworzył „Vormkfasę Komiksową”, gdy wchodził w komiksowy świat. Brakuje też informacji gdzie i kiedy po raz pierwszy poszczególne prace były drukowane. Ale to drobiazg, zważywszy, że Timof wyciągnął „ze strychu” prace jednego z najciekawszych twórców znad Wisły. Twórcy, który już szykuje kolejne „Rewolucje” – te, jeśli wierzyć zapowiedziom, ujrzą światło jesienią.

Autor: Mamoń



Strych, recenzja w newsweeku;



« Previous PageNext Page »